czwartek, 13 października 2016

Krótki survival uniwersytecki, czyli jak przetrwać na studiach i nie zwariować (cz. II)

Kolejna część moich porad dotyczących życia na studiach. Niektóre stare jak świat inne zaś nowe, bo kilka lat na przestrzeni kolejnych lat właśnie takich się pojawiło. Będzie długo, ale cóż. Przyznaję miałam napisać je wcześniej, ale nie mogła znaleźć wybitnie tego posta. Dopiero przy ścinkach ze starego pi-razy-drzwi się udało. Tylko teraz muszę usunąć te stare i nieznaczące posty.Tak czy inaczej rok akademicki zagościł na dobre, ale lepiej późno niż wcale.  Duża część z nich pisana dwa lata temu, ale aktualna do dziś. 



źródło: pixbay
6. Kolejną rzeczą związaną niewątpliwie ze studiami jest w-f. Ktoś pomyśli, że na studiach nie ma w-fu, to wyprowadzam z błędu, takie zajęcia są i są obowiązkowe. W moim przypadku w zeszłym roku o ej porze był to nie mały zaskok, bo po 9 latach niećwiczenia to jednak jest szok. Tym bardziej kiedy zwolnień nie ma. Nie wiem jak na innych uczelniach, ale na naszej nie ma zwolnień, można zapisać się na specjalne zajęcia, przeznaczone dla studentów ze zwolnieniami i orzeczeniami i niepełnosprawności. Przedmiot ten jest oceniany za w większości dobre chęci, zaangażowanie  i obecności i to nie zależnie czy osoby sprawne czy mnie sprawne.  Jednym słowem Można? Można!

7. Na studiach można spotkać różnych ludzi. Wiadomo jak wszędzie. Studia mają to do siebie, że grupy często mają więcej niż klasy, czasami grupa jednego roku to nawet 100 osób. Tak przynajmniej było na samym początku na Stosunkach. Powiem tak, dobrze jest żyć w miarę dobrze z większością. Szczególnie w momencie kiedy w czasie sesji, będzie szło o kserowanie notatek. Oczywiście można też być miłym i pożyczać, pomagać, ale na pewno nie dać się wykorzystywać. Co aż wstyd się przyznać, w moim przypadku idzie ciężko.  A jeśli się kogoś nie lubi? Powiem tak mój dobry kolega z politologi, jeszcze na samym początku studiów  poradził mi jedno.
"Pierdol to pomyśl, że w następnym semestrze możecie się nie spotkać..." i z takim nastawieniem podchodzę do ludzi, szczególnie tych co, co których mogę powiedzieć, że nie lubię ich. Oczywiście ludzi można spotkać wszędzie nie tylko na roku, ale w akademiku również. Niewątpliwie wśród spotkanych są tacy, którzy mogą czasem zmienić i to bardzo ogląd i stosunek do pewnych rzeczy.

8. Kolejna sprawa o której warto powiedzieć to. To może zacząć od bajki.
Za górami za lasami... Dobra, dobra, za żadnymi górami i za żadnymi lasami tylko na uczelni, jest miejsce, które ma wpływ na twoje być, albo nie być na uczelni. Mam oczywiście dziekanat i wszechmocne istoty, jakimi są panie z owego to miejsca. Wszyscy nie lubią tego miejsca, ja też za nim nie przepadam, a wizyty składam tylko w razie konieczności czytaj legitymacja, podanie o stypendium lub indeks. Panie może nie są tak niemiłe jak to mówią. Po prostu trzeba być miłym uśmiechnąć się i w miarę logicznie sformułować sprawę z jaką się przyszło. Po czym podziękować i czasem przeprosić za kłopot.  Nic że teraz mam do załatwienia sprawę, bo średnia została źle podliczona i zupełnie nie wiem jak to załatwić, a potrzebuje kwitek średniej do dofinansowania. Jakoś trzeba będzie. W zasadzie z każdym idzie się dogadać tylko trzeba wiedzieć jak i jakich argumentów użyć. (nie, nie chodzi o kopertę pod stołem, żebyśmy się dobrze zrozumieli)

9. Wykładowcy to jeszcze inna bajka. Powiem tak, że nic strasznego i tak jak w przypadku punktu 7-go można trafić na różnych ludzi. Powiem może coś dziwnego, ale "Wykładowca też człowiek". Ludzie wiadomo są różni. Niektórzy są ekscentrykami, inni wymagający, a jeszcze inni luzacy, lub tacy co to "bez kija nie podchodź". Muszę przyznać, że ten ostatni typ wykładowcy krążył w mej głowie najbardziej, na początku studiów. Jak zweryfikował czas, nie jest taki źle. A ja wykładowców coraz mniej postrzegam jako kosmitów, a bardziej jak ludzi, z którymi idzie się dogadać (tak jak w punkcie poprzednim). Przy okazji warto obalić pewnie sterotyp jakoby magistrzy na studiach byli najgorsi i "co to nie oni", bo nie tak nie jest.  Owszem być może są tacy, ale że jakiś jeden taki jest, to nie znaczy, że cała reszta ma rogi i kopyta. Na to nie ma reguły, nie ma reguły na to, że ktoś jest nawiedzony lub nie, bo nawiedzonym człowiekiem może być też ten z doktorem czy profesorem (stopień naukowy niczego nie przesądza w tej kwestii). A magistrzy, co też trzeba zaznaczyć mają to do siebie, że czasami dostają odgórnie do prowadzenia jakieś ćwiczenia, które mogą być po za ramami  ich zainteresowań, więc i dla nich może być też to nie do końca komfortowa sytuacja.  Fakt faktem, jak widzę na prawie wszystkich ćwiczeniach magistrów, to zastanawiam się czy się dogadamy z takowymi, to taka podświadomy niepokój. Dobrze jest słuchać starszych znajomych, którzy mieli styczność z danym wykładowcą. Jednak nie należy przesadnie wierzyć, jeśli ktoś straszy jakimś wykładowcą, czasami prawda może być inna.

10. A skoro już o wykładowcy to i sesja. Najgorsza jest pierwsza sesja na pierwszym roku. Im dalej tym mniejsze prawdopodobieństwo, że nas wykurzą ze studiów. Niewątpliwie dobrą rzeczą jest uczęszczanie na wykłady i ćwiczenia, wtedy takowa mniej boli. A przy odrobinie pomyślunku, można zaliczyć ją czasem, jeszcze zanim ta zdąży się rozkręcić. Nie wątpliwym przykładem jest moja 3 sesja na studiach, którą skończyłam w sumie z samym początkiem kiedy takowa się zaczynała. Przy czym poprzednia też, nie była taka straszna, a w poprzedniej sesji jako takiej miałam tylko jeden egzamin.Dobrze jest w miarę zarządzać czasem uczyć się na egzaminy kilka dni przed i jakoś ogarniać. Z tym to u mnie różnie, jeśli chodzi o naukę, ale jakoś daję radę. Mam nadzieję, że w tym roku też.  A jak się noga podwinie (mi się jeszcze jako tak nie zdarzyło, co wcale nie oznacza, że nie mam żadnej dwói w indeksie) to jak mawia pewne studenckie przysłowie. Nie ma spiny są drugie terminy. Nie uważam siebie za kujona, bo oceny mogłabym mieć lepsze, ale niewątpliwie w miarę systematyczność pomaga. Pomaga też nieodkładanie rzeczy na ostatnią chwilę, można coś skończyć, dzień przed terminem, dopracować, ale podstawy dobrze jest opracować wcześniej, wtedy robienie projektów, prezentacji czy czegokolwiek, jest mniej traumatyczne.

11. Udzielanie się. Przyznam, że ze względu na jakieś moje urazy w materii udzielania się niewątpliwie nie robiłam tego. Ale spotkałam się z obiegową opinią, że warto. Jeśli studia nie pochłaniają całego czasu, to jest to opcja dobra, a przy okazji łapie plusy do stypendium naukowego, a to nawet lepsze niż wysoka średnia. Faktem pozostaje że, próbowałam udzielać się w radiu studenckim, ale nie wyszło. No cóż, może też zależy na jakich ludzi się trafi. Coś takiego jak w przypadku udzielania się czy to w liceum czy w gimnazjum. Prosta logiczna rzecz. Chciałabym spróbować gdzieś "szczęścia", ale sama nie wiem chyba już nie w tym roku, bo teraz mimo wszystko najważniejszy jest licencjat. Chociaż poświęcanie mu całej energii może być słaby, bo przecież to nie koniec świata.

12. Teraz z rzecz bardziej życiowych. Kolejna kwestia to zarządzanie budżetem. Niewątpliwie odłożenie pieniędzy na cokolwiek graniczy z cudem. A dobrze jest wtedy kiedy nie trzeba wybierać ich z konta. Ja tak szczerze powiedziawszy, dlatego nie mam karty bankomatowej, bo żeby nie kusiło. Zakupy najczęściej robię w dyskontach. Stosuje jedną zasadę, jaką jest wyznaczanie sobie limitów, na przykład na duże zakupy, życie, jedzenie. Kiedy ktoś żywi się na uczelni (w bufecie, można uświadczyć nawet dobre jedzenie, nie tylko fast foody, ale też jakąś treściwą zupkę) Dobra rzecz limity i lista zakupów, pozwala na kontrolowanie  tego co trzeba kupić, a co kupić można na przykład w przyszłym tygodniu. Dobrze też jeśli dojeżdża się na weekendy do domu, odłożyć odpowiednią kwotę na dojazd. W moim wypadku często starcza do końca tygodnia. Owszem zdarzają się nieprzewidziane wydatki czy chociażby kserówki, lub inna impreza, ale wtedy najczęściej wybieram kasę ze swoich, a to co dostaję od rodziców idzie na bieżące potrzeby czyli zakupy, jedzenie czy drobne wydatki. Dobrą, rzeczą jest zapisywanie wydatków. Wtedy można naprawdę przekonać się ile pieniędzy idzie na utrzymanie się w większym mieście i życie studenckie, a gwarantuje, że nie są to małe pieniądze.

13 Zostaje ostatnia rzecz. Mianowicie imprezy. Tych niewątpliwie może być dużo. O ile ma się z kim na nie chodzić. Można też samemu coś zorganizować, chociaż teraz w akademikach to tak różnie. Przyznam, że na pierwszym roku dość sporo ich było. W zeszłym taka trochę nędza, a w tym pewnie tym bardzie, bo przecież trzeba będzie się uczyć i pracę pisać. Samemu na imprezę to słaby pomysł bo nudno i nawet niebezpiecznie, bo na samotną mewę czeka wiele niebezpieczeństw od nachalnego adoratora, poprzez pigułkę gwałtu lub inne dziwne i niebezpieczne historie. Z robieniem imprez też tak różnie, bo nigdy nie wiadomo co się zdarzy. Jednak warto czasami się odmóżdżyć raz na jakiś czas, nie codziennie, ale co jakiś czas już tak.

14. Wybierajcie tematy na prace magisterską/licencjacką takie, które da się napisać i przy których nie dostaniecie zawału, wylewu i nie wiadomo czego. Fakt popełniłam ten błąd wymyśliłam sobie taki mega temat na licencjat. Po czym, jak już przyszło do pisania, to najbardziej czego chciałam to popełnić harakiri seppuku. Każda praca zarówno magisterska, jak licencjacka miała swoją trudność, ale jeśli mam być szczera, to tak sobie. 

Podsumowując to wszystko co napisałam, czyli te wszystkie obserwacje i porady.
Jeśli miałabym ocenić ten mój "egzamin z dorosłości" to w sumie szału nie ma. Owszem idąc na studia miałam bardziej katastroficzne wizje, ale jak widać nie było co tragizować. Wiele się nauczyłam, ale wiele też muszę się nauczyć. Spotkałam na swojej drodze kilku ludzi, którzy w jakiś sposób zmienili moje nastawienie, już na samym początku, dzięki czemu minione 5 lata, nie były czasem siermiężnym. Nawet obudziły się u mnie rzeczy, które w liceum były uśpione. 
 Wspomniany  egzamin zdałam jak do tej pory, może nie na 5, a nawet nie na 4+, ale na taką mocną tróję z plusem. Koniec studiów wspominam z dużym rozrzewnieniem i właściwie było mi szkoda opuszczać uczelniane mury. Na pewno był to też czas, który wiele mi dał i na pewno zapisze się na długo w mojej pamięci, jak czas dość pozytywny.

A mnie pozostaje, życzyć  czytelnikom, którzy właśnie zaczynają wielką studencką przygodę:
POWODZENIA i odnalezienia się w nowym miejscu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz