piątek, 8 stycznia 2016

Drobna refleksja nad przyszłością

               Jako, że jeszcze mam ferie świąteczne, to i jakby powinnam mieć więcej czasu, co by ogarnąć własne prywatne życie. Tutaj należałoby zrozumieć chociażby to że zrobię kilka rzeczy na zajęcia. Jak bardzo trzeba być naiwnym, to chyba wiem tylko ja, bo nie byłam w stanie nic konkretnie ruszyć przez prawie 4 tygodnie. Zauważyłam, że ogólnie w tym semestrze motywacja to towar deficytowy. Jakoś nie mogę się przekonać, że moja nauka i ciężka prawa, żeby przyzwoicie studia skończyć na coś się zdadzą. Od ich początku niemal jestem dźgana tym, że po moich studiach ciężko o pracę. Dopóki były jakieś tam marzenia o tym by zająć się zawodowo pisaniem, to jakoś mnie to nie ruszało. Jednak tak od kilku miesięcy już nie jestem taka skora i opytmistyczna.


http://memy.pl/mem_750852_przyszlosc_widze_twoja


             Zawsze prawda była mi znana, że po Stosunkach Międzynarodowych, to można robić wszystko i nic. To znaczy jeśli wcześniej pomyśli się co można robić. Nie mam tu na myśli pracy w instytucjach dyplomatycznych. To raczej nie wchodzi w grę. Z jednej strony nie mam pleców, które sprawiłyby, że zostałabym wciągnięta. Z drugiej zaś sama uważam, że brak mi przymiotów dobrego dyplomaty. Czytaj jestem za szczera i mało asertywna. Dlatego też jak o tym myślę, to z jednej strony zaczynam się bać co to będzie za tych pół roku, z drugiej natomiast mi się nie chce. Niby wiem, że jak przyzwoicie skończę studia (co jest bardzo prawdopodobne, bo zeszły rok skończyłam z przyzwoitym wynikiem) Jednak jak o tym myślę i mam zabrać się za robotę, to już mi się odechciewa po 5 minutach. Owszem, jak już mam coś robić, to robię. Tylko jak mam tak od siebie siąść to już mam wątpliwości. 

           OK studia nic nie dają. To też słyszę od 5 lat. Właściwie zostałam podwójnie oszukana. Z jednej strony tak jak 3/4 rocznika, że po studiach są perspektywy. Z drugiej zaś stwierdzono, że ze względów zdrowotnych, (mały defekt neurologiczny, kto zna poprzedniego bloga ten wie) nie mogę podjąć nauki w zawodówce. Owszem do budowlanki i dźwigania to faktycznie nie, ale jest tyle zawodów, których z powodzeniem mogłabym się uczyć. Właściwie tak od 3 lat zaczynam doceniać ludzi po zawodówce, bo mają konkretny zawód, mimo że w szkole byli traktowani jak "plankton". Tylko teraz w, dobie braku fachowców owy "plankton" wychodzi na swoje. Natomiast globusy po liceum i studiach zostają na lodzie, jeśli nie mają głowy na karku. Dlatego moja motywacja, jak o tym myślę, jest tak bardzo papierowa.
          Niby byłam w wakacje na stażu, czasami chwytam jakieś wolontariaty, czy próbuję udzielać się na uczelni. Niestety mimo to wątpię, by dało mi to dobrą pracę. Za to prawdopodobnie będę dobrym korposzczurkiem, który będzie kręcił się w kołowrotku korporacyjnym zdobywając kolejne "czelendże". Nie to bym całkiem hejtowała tą opcje, bo jakby nie krytykować korporacji, to też są w miarę stabilne miejsca pracy. Owszem wszystko zależy od ludzi, ale to jak zawsze.  O pracy zaczynam myśleć powoli już teraz. Wiadomo najpierw wkręcić się gdziekolwiek, nawet do tego Mc'a potem próbować wyjść na swoje. Daje sobie na to rok na to. Jak nic się nie urodzi, to prawdopodobnie idę na doktorat, którym całe święta byłam dźgana przez rodzinę. Zupełnie tego nie widzę i dla mnie ta opcja jest jeszcze bardziej abstrakcyjna, niż nawet praca w Mc'u. Z drugiej strony lepiej robić z życiem cokolwiek, niż nie robić nic i siedzieć na dupie.      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz