wtorek, 12 stycznia 2016

O czasach szkolnych słów kilka

              
autor: Avolore
            Ten post będzie czymś w sylu gorzkie żale humanistki. Będzie trochę smętnie, tak jak i bywało na moim poprzednim blogu (pi-razy-drzwi). Jednak zupełnie naszło mnie od czapy na ten post. Dość często bywa, że myślami wracam do lat szkolnych. Czasami myślę, że za często. Tym bardziej, że raczej myśli, jakie posiadam odnośnie 12 lat edukacji nie są z gruntu rzeczy wspomnienia miłe.



          Nie wiem czemu, ale tylko takie przychodzą mi na myśli. Nie wiem, może wynika to z faktu, że szkoła często niesprawiedliwie oceniała, a do tego, jako rasowy posiadacz defektu neurologicznego i pewnej popularnej przypadłości na literę D, miałam jakby bardziej pod górkę, nie tylko z nauką, ale chyba przede wszystkim z rówieśnikami. Po latach oceniam to równie surowo, co kiedyś. Z poczuciem, że wyszłam na swoje, mimo tego wszystkiego i bycia dzieckiem mało zdolnym, ale za to podobno pracowitym. Za to szkole zawdzięczam niewiele. 

                   Tu szczególnie podstawówka, jakoś  jest dla mnie średnim wspomnieniem. Było kilka całkiem miłych wspomnień, jak zawsze, ale wiele razy na swojej skórze zdarzyło mi się mentalnie odczuć efekty swojego defektu, oraz przypadłości na D, jeszcze wtedy nie zdiagnozowanej. Mam wrażenie nie wiele razy próbowano mi pomóc w tym, żeby może odrobinę łatwiej mi było. Chociaż często z dzisiejszej perspektywy muszę powiedzieć, że wystarczyła by w niektórych względach odrobina dobrej woli. Chociaż co ja wymagam od szkoły we wczesnym XXI wieku. Czasami, jak się nad tym zastanawiam, to mam nadzieje, że dzieci w podobnej życiowej sytuacji, nie muszą przechodzić często przez to samo co ja przechodziłam lata temu. I tu nawet nie chodzi o tą przypadłość na D, ale przede wszystkim o niepełnosprawność. Mimo tych trudności i wielu innych skończyłam szkołę podstawową  z "czerwonym" paskiem. Jednak takowe swojej podstawówce wystawić nie mogę. Mimo najszczerszych chęci i próby naciągania, chociażby przez dość znośny okres w okolicy 2-3 klasa.

             Jeśli mam być szczera, to z 12 lat edukacji chyba najlepiej wypada okres gimnazjum. Może miałam zatargi z rówieśnikami, bywało się kozłem ofiarnym, a  do tego człowiek zarzynał  się na to, by mieć czerwony pasek. Te paski dzisiaj są tak na prawdę nic nie warte. Mogę raczej stwierdzić, że one były bardziej dla moich rodziców, niż dla mnie. Owszem coś się na tym ugrało zawsze, ale po latach i tak towarzyszy mi takie poczucie, że nie dość, że zmarnowałam czas na bycie kujonem, to jeszcze do tego nic mi to nie dało. W sumie jak czytam swój pamiętnik z tamtego okresu, to aż mi siebie jest żal. Jednak w gimnazjum spośród 12 lat edukacji było tam coś, co mile wspominam bo dziś dzień, mimo że to już trochę czasu temu. Na pewno mogę tu powiedzieć o nauczycielach, którzy mnie cenili i obdarzali zaufaniem. Co dawało się często odczuć.  Było kilka nauczycielek, które mile wspominam i są to jedne z nielicznych miłych wspomnień. Właściwie było to dla mnie środkiem zastępczym, na problemy z rówieśnikami. Mimo to czasami włączają się w mojej głowie resentymenty, jeśli chodzi o tamten okres przypadający gdzie między 2005 a 2008 rokiem. 
           Ostatni etap paradoksalnie najbardziej dał mi w kość. Tak był on ciężki zarówno pod względem problemów osobistych, jak również w szkole, gdzie trafienie tam było, jak zderzenie z TGW. Co w moim dzisiejszym odczuciu, było większym hardkorem, niż to, co miałam na samym początku studiów. Sama w sobie szkoła, była trochę specyficzna, by nie użyć innego określenia. Do tego jeszcze poczucie wyalienowania, które nawet w gimnazjum nie było, tak dokuczliwe. Tak na prawdę miałam dwie bliższe koleżanki, reszta mam wrażenie, traktowała mnie, jak im pasowało. Do tego zostałam kozłem ofiarnym, jednego niedowartościowanego kolesia, który chciał pokazać, jaki jest zaje....y. Ze strony klasy zero reakcji, niektórzy nauczyciele też dali w tym temacie ciała. Właściwie miałam wrażenie, że w tamtym okresie byłam najbardziej samotna. Jedyną odskocznią stał się dla mnie blog, fakt, że wtedy trochę nim nawywijałam, ale tak na prawdę w obliczu wielu problemów, z tamtego okresu stwierdzam, że już z wszystkiego co złe, lepsze to. Chociaż, może bardziej OK byłoby gdybym ćpała, lub piła i tak "radziła" sobie z problemami, bo nikomu by się nie oberwało. Ja wiem, że to też nie było fajne, ale nawet  patrzę na to, tak jak i wtedy. Co nawywijałam to się stało, ale tak było. Po latach czytają swoje zapiski jeszcze gdzieś sprzed 6-7 lat, to mam wrażenia, że wielu w tym okresie i tak szukało na mnie haka. A moim błędem było to, że go dałam.Właściwie to powiem, że okres liceum czkawką potrafi się odbijać do dziś ( jestem na V roku studiów). 
            Nie to by nie było jakiś miłych wspomnień z tych 12 lat, pewnie by coś tam wyłuskał. Jednak często, mam wrażenie, że tych negatywnych jest bardzo dużo i to odbiera gdzieś magię okresowi edukacji. Chociaż wiem, że to niewłaściwie, to cieszę się, że nie organizujemy spotkań klasowych z tymi klasami, do których uczęszczałam. Obawiam się, że te spotkania raczej stałyby mi kołkiem w gardle. Ze znajomymi z tamtych lat, też mam kontakt sporadyczny ze znakomitą większością. Właściwie dla własnej wygody psychicznej 3/4 z nich nie mam nawet w znajomych na fejsie. Jakoś nie żałuje, przynajmniej nie dostaję ataków frustracji, a obczaić od czasu do czasu też można. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest łatwy i miły post, ale z drugiej strony nawet nie usiłuje  zmyślać, jak cudownym okresem było dla mnie 12 lat edukacji, bo nie było. Ja wiem, że pewnie będą tacy z moich znajomych, którzy na to co tu napisane oburzą się. Właściwie większość czasu spędzonego w szkole, było raczej drogą przez ciernie.  W mojej głowie zaś pokutuje myślenie, że tak na prawdę może urodziłam się 10 lat za wcześnie, bo dzisiaj jako nastolatkowi, może byłoby łatwiej. 
         Jak wracam do tych lat, to mam tylko nadzieję, że może kiedyś okrzepnę i spojrzę na to inaczej. Ponadto po cichu liczę, że o okresie studiów, za 10, 15 czy 20 lat będę wypowiadała się nieco bardziej pochlebnie. Też czasami miodów nie ma, ale właściwie pod wieloma względami jest to, niebo a ziemia.  Ja wiem, że edukacja to przywilej, ale niestety bywa i tak, że wspomnienia tego przywileju stoją kołkiem w gardle. Chyba, że tylko, ja jestem taka dziwna. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz