środa, 17 lutego 2016

Mam kota na punkcie kota

           Od dziecka miałam zwierzęta w domu, niezależnie, czy mieszkaliśmy w mieszkaniu, które miało niecałe 40 m/2, czy też kiedy mieszkamy w domu. Zawsze a to rybki, a to kiedyś dawno świnka morska, potem był też pies. Psa miałam 10 lat, ale niestety zszedł na raka. Potem był okres kiedy długo, bo ponad 1,5 rok nie było w moim życiu żadnych zwierząt. Dopiero po przeprowadzce do domu pojawił się kot. Mam też psa, ale o tym również innym razem. Właśnie dzisiaj będzie o kocie, bo 17 luty to Dzień Kota.



           Nie ukrywam bardzo lubię koty, psy właściwie też, ale jakoś tak ostatnimi lat lepiej przemawiają do mnie koty. Jak pewnie część osób, które czytało poprzedniego bloga, bo przypuszczam, że takie znaleźć się tu mogą mam czarnego kota. Wabi się Lucy i ma oczy koloru coś pomiędzy siarką a kolorem zielonym. Kolor zmienia się pod wpływem światła. Za kilka miesięcy skończy 9 lat, więc jest już starym kotem. My natomiast mamy ją od naszych krewnych, bo akurat kiedy chcieliśmy, to wtedy okociła im się kotka. Akurat padło na nią, bo, po pierwsze jest czarna, a my właśnie chcieliśmy czarnego kota. Po drugie jako jedyna dała się złapać. Co nie oznacza, że nie było problemu z przetransportowaniem jej do nas. Ostatecznie jakoś się zaaklimatyzowała i od tamtej pory jest z nami. Chciałoby się tutaj powiedzieć oby, jak najdłużej. 
Lucy zwana również Lucyną (zdjęcie z 2009 roku)

          Charakter Lucy to taki kibol wśród kotów. Ma na działkach swoje rewiry, skąd przegania wszystkie inne, nawet małe kotki. Właściwie działki to jej żywioł, bo tam gania po drzewach i poluje. Łowcą też jest dobrym, bo od wiosny do jesieni przynajmniej, jeden truposz (ptaszek, myszka, krecik czy inny szczurek) ląduje w piecu. Nie robi tego, bo jest głodna, ale dla sportu. Tylko nam przychodzi sprzątać potem te truposze.   Po za tym bywa trochę dzika. Bo chociaż mieszka z nami w domu i często też z nami śpi. To jednak daje się pogłaskać kiedy ona chce. O jedzenie prosi nas dając, że z nami gada. My do niej mówimy, ona nam odpowiada. Po za tym często bywa tak, że budzi mnie rano, żebym wpuściła, ją do siebie. Ewentualnie sama włazi i nie ostrzega. Tym samym szczególnie ostatnimi czasy, kiedy jestem w domu budzi mnie kot, który od zewnątrz zajmuje się masażem, mojej wątroby. Być może licząc na to, że znajdzie miejsce gdzieś między żebrami, a moją wątrobą. Generalnie jest takim przeciwieństwem przymilnego kotka, który głaskać się daje.  
          Mimo to bardzo lubię naszego kota, bo jest. Właściwie to całkiem inteligentne stworzenie. O tym, że jest wyjątkowa, pisać nie będę. Dla każdego właściciela jego zwierzak jest wyjątkowy.  Nie wiem za co dokładnie, ale właśnie tak jest. Gdyby go nie było, to nie miałby mnie kto denerwować miauczeniem za drzwiami. A ostatnimi czasy budziłabym się sama.  Po za tym, jak przystało na czarne koty jego posiadanie przynosi szczęście (według przesądów anglosaskich), a nasz kot znosi je z całej okolicy, kiedy wraca ze swoich rewirów na działkach. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz