piątek, 26 lutego 2016

Pod kloszem

             Jakoś tak mnie tknęło, by coś napisać. Akurat przeglądając Internet zdałam sobie sprawę, z tego, jak znajduję się w głębokiej dupie. Tak został mi ostatni semestr studiów i pisanie pracy. Jakby tego było mało niezaliczone FCE z poprzedniego roku. Jednak okazuje się, że te dwie rzeczy, nie są wcale takie najgorsze. Wcale nie.



              Najbardziej jednak i przede wszystkim boję się tego co będzie po studiach. Nie tylko bezrobocie i te klimaty, co wisi nade mną przeraźliwie i mrozi mi krew w żyłach. Jest rzecz, która robi to bardziej. Mianowicie powrót do mojej rodzinnej miejscowości. Nie dość, że małej, w której będę dusiła się, jak w klatce, to jeszcze do rodzinnego domu, bo tak pewnie będzie łatwiej. Już teraz jak o tym myślę, to krew mi się gotuje od środka. Przez 5 lat cieszyłam się, jak dziecko, że mam trochę tej wolności i mogę, żyć, jak człowiek w moim wieku. Nikt nie patrzy mi na ręce. Teraz znów przyjdzie mi do tego wrócić.

stocksnap.io


                Wszystko dlatego, bo jakby to powiedzieć, byłam dzieciakiem trzymanym pod kloszem. Wszystko podobno, było dla mojego dobra, bo tą nadmierną troskę można było zgonić na nic innego, jak to właśnie. Całej pikanterii dodaje tutaj też fakt, że jestem jedynaczką, a więc przewalone na podwójnej. Tak zawsze było, albo zakazy, albo nakazy. Myślę, często, że urodziłam się z 10 lat za wcześnie, bo dzisiaj to podobno normalka. Tak nakazy, że mam się tylko uczyć, dlatego te wszystkie czerwone paski, dzisiaj uważam, że wychodzą mi bokiem i są gówno warte. Tak właśnie, nie bójmy się tego powiedzieć. Zawsze rodzice wiedzieli lepiej, bo przecież coś mi się stanie. W całym życiu na porządnym wyjeździe byłam kilka razy, bo na kolonie mnie nie puszczali, bo główny argument, coś ci się stanie, jakbym w łeb nie mogła się trzasnąć i bez tego i sobie coś zrobić. Właściwie tak na prawdę, to powodowało przez wiele lat, ze to, że mam życie do dupy to wina defektu, który posiadam. Żeby argumentem był chociaż brak pieniędzy. Każda próba rozmowy na tematy, jakiś wyjazdów kończyła się fiaskiem. Teraz też słyszę na okrągło trucie, jak mam gdzieś jechać. O tym, że miałam problem z najprostszymi rzeczami, to nie wspomnę, bo żal. 
           Tak na prawdę te 5 lat nazwijmy to wolności dało mi dużo. Nadal mam problem z samooceną, bo przecież rodzice zawsze wiedzieli lepiej i zawsze też było, że oni zrobią coś najlepiej. Czy jest mi z tym dobrze? Wcale nie, dzisiaj czuję się wręcz nieszczęśliwa i jak tylko myślę o przyszłości to robi mi się słabo. Tak na prawdę ciesze się w tym momencie, że musiałam wyjechać na studia, bo inaczej usamodzielniłabym się na świętego Dygdy, co go nie ma nigdy. Nadal ta samodzielność bywa powiedzmy szczerze wątpliwa. Do domu jeżdżę, bo muszę, bo w rodzinnym mieście chodzę na zajęcia z angielskiego. 
             Jednak jak widzę oczami wyobraźni powrót do domu na stałe, to aż mi się niedobrze robi i to zbiera mi się na takiego konkretnego bełta. Ja wiem, miało nie być osobiście, tak jak na starych blogach, ale tylko to gdzieś zakołatało od kilku dni w mojej głowie. Pewnie znajomi, jak czytają, to mnie zmasakrują, na zrozumienie przestałam liczyć, już od jakiegoś czasu.

            Czy jestem szczęśliwa, to sprawa bardzo wątpliwa. Czasami zastanawiam, się jak to możliwe, że ja się jeszcze nie stoczyłam. Chociaż czysto hipotetycznie powinnam być szczęśliwa i wszystkim w koło wydaje się, że tak jest. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz