wtorek, 9 lutego 2016

Te złe i niedobre korepetycje

           Znów będzie o szkole. Jednak nie będą to typowe wspominki, bo to już byłoby za dużo. Generalnie pomyślałam, o temacie, który podsunął mi się jakiś czas temu. Właśnie dziwi mnie, że nie pisałam o tym, jeszcze czasach pi-raz-drzwi. Teraz tylko utwierdziłam się w tym, że warto o nim napisać. Fakt, szkołę skończyłam prawie 5 lat temu, ale jest taki temat, który niepodzielnie od lat pokutuje w szkole. Jedni uważają, że to dobrze inni, że źle. Mianowicie korepetycje. Nauczyciele są podzieleni, rodzice trochę mnie, co do ich zasadności. Szczególnie teraz na kilka miesięcy przed wszelkimi egzaminami, chociaż głównie dotyczy to matury. Nic, że lubię mają 3-4 lata na zorientowanie się, że są słabi z danego przedmiotu. Dopiero jak zaczynają oblewać próbne matury,to zaczyna do nich dochodzić, że mają problemy. Tak było kiedy chodziłam w liceum na matematykę, czy teraz kiedy znów chodzę na dodatkowy angielski. Najlepsze jest to, że ludzie  nie zdają i całą winą za niepowodzenie obarczają korepetytora, który miał ich nauczyć. Takie przypadki tech chodzą po ludziach.  Nic, że zgłosili się nie w czas i jeszcze mają pretensje, zamiast pomyśleć o tym rok lub dwa wcześniej. 



źródło: pixbay


     Ja przyznam, że w moim przypadku uratowały mi dupę, przed oblaniem matury z matematyki. Jednak po kolei...

          Może jako taki wstęp zacznijmy od tego, że właściwie całe swoje szkolne życie chodziłam na zajęcia dodatkowe zajęcia z angielskiego. Nie wiem, czy można nazwać to korepetycjami, bo uczyłam się na nich często rzeczy, które wybiegały po za to, co miałam w szkole. Czy ja lubiłam te zajęcia, czy nie to już inna sprawa. Jednak coś tam dawały, bo zawsze z tym angielskim byłam oczko w przód od swoich kolegów z klasy, którzy opanowywali dany materiał, a ja tylko powtarzała. Niejako czasami nudząc się na angielskim w szkole, ale czy na złe mi to wyszło? Raczej nie. Owszem było to uciążliwe, bo jeszcze jako dziecko czasami bardziej chciało się wyjść na podwórko, czy robić coś innego. Jednak po latach nawet to doceniam, chociaż orłem na tych zajęciach też nie była. O samych zajęciach dodatkowych napiszę, może kiedyś coś osobnego, bo w sumie, jest to jeszcze inny wątek. 
        W liceum natomiast zaczęłam chodzić na takie typowe korki z matematyki. Jakoś pod koniec I klasy liceum zaczęły wychodzić różne moje kwiatki, głównie z geometrii, gdzie z prawdopodobnie względów neurologicznych (tych samych na które posiadam orzeczenie), nie istnieje u mnie wyobraźnia przestrzenna, a kąt prosty się zagina. Do dzisiaj pamiętam rozmowę z moją matematyczką z liceum, która to stwierdziła, że nie widziała jeszcze w karierze osoby, której "tak rozjeżdżałyby się kratki". Dlatego też zaczęłam między innymi przygodę z korkami z matematyki. O tym, że pomogły niech świadczy, fakt że jak na osobę, która z matematyki raczej nie błyszczała wyszło 60% z matury podstawowej. Jak to się stało, do dzisiaj się zastanawiam. 
          Fakt, że miałam świetną nauczycielkę, która umiała nauczyć i wytłumaczyć i to zdecydowanie dało mi przewagę. Była to dla mnie ciężka praca, ale jednak się opłaciło. Do dzisiaj pamiętam, jak matematyczka krytykowała to, że ludzie chodzą na korki. Głównym argumentem było to, że one rozleniwiają, bo uczeń sam w domu nic nie robi, tylko na korkach. Z drugiej jednak strony miało się świadomość, że jest to niejako konieczność, bo inaczej albo nie dopuszczono by mnie do matury, a jeśli nawet, to byłoby to w plecy i taki byłby to biznes. 
           Tutaj akurat ja myślę, że zależy od podejścia szczególnie uczniów, jeśli traktują oni korepetycja, jak odrabianie lekcji przy fachowcu, żeby odsiedzieć, to faktycznie jest to rozleniwiające i generalnie za wiele w tym sensu nie ma. Przecież korepetytor nie guwernantka i jego zadaniem jest nie pilnować dzieciaka, tylko pomóc skorygować mu braki w wiedzy, lub umiejętnościach. 
           Jeśli zaś podchodzi się do tego w miarę rozsądnie i ćwiczy się arkusze  i  zadania to ma to sens. Tym bardziej jeśli ma się problem z danym przedmiotem, a jest to ważny przedmiot. 
           Niestety często bywa tak, że w normalnej masowej szkole nie ma czasu na tłumaczenie, a bywa i tak, że jak człowiek nie ratuje się korepetycjami, to może mieć potworne problemy. Często też jest przytaczany zarzut, że szkoła nie uczy się uczyć. Tylko często wszystko jest ryte na pamięć. Myślę też, jeśli mam odnieść się do tego co powiedziałam na początku muszą te korepetycje być podjęte po prostu szybciej. Jeśli wiem, że mam problem z jakimś przedmiotem to nie czekam do ostatniej chwili, tylko szukam kogoś, kto za pieniądze (większe lub mniejsze) mi to wytłumaczy, Raczej nie ma w tym jakiejś filozofii.  

       Czy ja bym mogła udzielać korepetycji? Po pierwsze pytanie z czego, bo raczej takie typowe korki z WOSu lub Historii, raczej nie są zbyt częste w obiegu. Jeśli miałabym FCE to mogłabym to robić z języka angielskiego dla klas 1-3, ale nie wiem, czy byłaby w stanie dogadać się z takimi dzieciakami i czy miałabym cierpliwość. Dlatego podziwiam mojego obecnego nauczyciela tego języka, że daje sobie z tym świetnie radę. (uczę się prywatnie).  Po drugie raczej wątpię, bym była w stanie komuś efektywnie cokolwiek wytłumaczyć. Pewnie sama bym się gdzieś zagubiła po drodze i tyle z tych korepetycji by było. Uważam, że korepetycje to nie tylko dobry biznes, bo jak wiadomo tak właśnie jest. Myślę, że to też duża odpowiedzialność, bo dobry korepetytor ma poczucie odpowiedzialności za swoich uczniów. Tym bardziej, jeśli mówimy o renomie danej osoby.   

A jeśli ktoś myślał o tym, ażeby zacząć udzielać korepetycji. To polecam też inny materiał, który był dodatkową inspiracją do napisania tego oto posta.

https://www.youtube.com/watch?v=mkj6dZvNQmw 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz