niedziela, 17 kwietnia 2016

Znów uwierzyłam w życie pozainternetowe

         Dzisiaj pozwolę sobie na taką trochę małą prywatę, chociaż mam często wrażenie, że co drugi post na tym blogu, nią jest.  Nie było mnie ostatnie dwa tygodnie. Wiem o tym doskonale, bo nie było czasu i pomysłu na posty. Wolałam zająć się życiem w realu, bo a to magisterka, a to znowu urodziny, które były dwa tygodnie temu. W tamtym tygodniu impreza i jakoś się zeszło. Powiem szczerze, że ostatnie dwa tygodnie, jakoś bardziej skłoniły mnie do życia w realu, zamiast siedzenia w Internecie. Przy okazji dowiedziałam się, że nie jest ze mną jeszcze tak źle. Przynajmniej przez moment udowodniłam sobie, że nie jestem takim nolifem, jak zwykłam myśleć o sobie. Patrząc na ilość tych ciekawych rzeczy, jakie mnie czekają w najbliższych tygodniach, to może nie jest ze mną tak źle. Wiadomo lubię siedzieć w necie, ale wszystko kiedyś potrafi  zbrzydnąć. Bycie internetowym zombie, które nie potrafi żyć, bez sieci, też jest raczej słabym pomysłem. 


źródło : https://stocksnap.io/photo/8F112ED2E4
           Z racji tego, że jakoś tak mnie tknęło, ażeby coś zorganizować i gdzieś iść to jeszcze miesiąc temu pomyślałam, żeby zaprosić gdzieś znajomych. Wyjść samemu z inicjatywą i pointegrować się trochę w tych ostatnich tygodniach studenckiego życia, jakie nam zostały. W ostatnią środę spędziłam dużo czasu ze znajomymi. Powiedzmy zorganizowałam imprezę urodzinową, chociaż w sumie to nie wiem, czy można tak to ująć. Po prostu zaprosiłam na kręgle, bilard i piwo. W ostatnich latach jakoś stroniła od organizowania urodzin, bo za dużo z tym szarpaniny, a jeszcze kilka dni przed okazuje się, że ludzie się wykruszają. Po za tym jeszcze wszystko przygotować posprzątać, to po mojemu za dużo z tym zachodu, a pieniędzy poszłoby nawet więcej, niż na te browary, kręgle i bilardy, na które zaprosiłam swoich znajomych. Dlatego też taki pomysł, bo w kręgle 100 lat nie grałam i w bilard chciałam chociaż spróbować. 

          Była nas mała ekipa, ale było na  prawdę fajnie. Nawet nie przypuszczałam, że tak fajnie to wyjdzie, bo powiem szczerze, zawsze od przynajmniej 8 lat, zawsze urodziny fajnie się zapowiadają, a potem jest, albo wielka klapa, albo dalekie od doskonałości i człowiek czuje taki niedosyt. Dlatego też początkowo miałam wątpliwości, ażeby coś robić. Właściwie są to jedne z nielicznych urodzin, które organizowałam, bo za dużo nerwów to kosztowało. Stwierdziłam, że w tym roku zrobię, bo to ostatnie na studiach, no i jeszcze do tego nie wiadomo czy za rok będzie mi komu robić takowe. Przecież nie wiadomo, jak to będzie za rok i jak bardzo nasze drogi, ze znajomymi się rozejdą. Ja wiem, że jest facebook i że zawsze można umówić się na spotkanie, ale to tak się mówi. W praktyce będzie tak, ze ciężko będzie się spotkać, bo coś ktoś. Teraz tak mam z moimi koleżankami jeszcze z liceum, że się nie potrafimy zebrać do kupy i wybrać się choćby na pizzę. W zeszłym roku jak chciałam je zaprosić, na nasiadówkę, bo chata wolna, to też nie mogły, bo coś.   W tym momencie poczułam takie dziwne ukucie w sercu. W ostatnich latach zdecydowanie specjalnie nie było komu robić nasiadówek.  Zawsze zamiast być mi lepiej, po takiej imprezie było mi gorzej, bo miało się świadomość, że ludzie mają cię gdzieś. 

         Następnego dnia poszliśmy jeszcze ze znajomym na balety, więc w sumie było też całkiem fajnie. Przynajmniej ostatnie kilkanaście dni trochę bardziej oderwało mnie od bloga, który tylko jest smutną grafomanią. Właściwie dlatego, bo moje życie towarzyskie bywało różne i dalekie od ideału, to dlatego uciekałam w pisanie i blogi pierwszy, drugi lub jeszcze inny enty. Takie tygodnie jak te ostatnie trochę bardziej pozwalają mi uwierzyć, że po za Internetami jest jeszcze życie offline, które potrafi być nawet fajne. Mam też poczucie, że impreza udała się niemal od A do Z. Co muszę przyznać, to zdecydowanie cieszy, bo daje do myślenia, że po za Internetem mam jeszcze jakieś życie.      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz