piątek, 1 lipca 2016

Czy warto być prymusem- czyli krótka historia o terrorze czerwonego paska

         O szkole był już post, więc nie będę tego wątku dalej rozwijać, bo nie ma nad czym się rozwodzić.  Wiem, że jest tydzień po zakończeniu roku, więc jakby spóźniłam się trochę z tym wpisem, ale mimo to chciałam coś napisać, bo na fali tego wszystkiego pewną moją refleksje.  Bycie prymusem "zniszczyło" mi życie. Może nie jakoś mocno, ale jednak po latach czasami odczuwam takie poczucie, że te wszystkie starania były nie dla mnie, ale dla moich rodziców. Tak było dopóki nie skończyłam gimnazjum. Po latach jakoś nie cieszy mnie to. Mam wrażenie, że raczej miało być to wynagrodzenie moim rodzicom tego, żeby inni nie patrzyli na mnie wówczas poprzez pryzmat mojego defektu. 



         Od IV klasy szkoły podstawowej moi rodzice wychodzili z założenia, że powinnam mieć przede wszystkim dobre oceny, a najlepiej świadectwa z paski. Przyzwyczaiło ich zapewne to, że nawet będąc w młodszych klasach dostawałam jakieś tam wyróżnienia. Nawet  tarcze szkolne, które gdzieś dzisiaj kurzą się w odmętach pudeł ze starociami.  Tak więc, miałam mieć oceny tylko między 4 a 6. Ale i tak słyszałam, na każdym kroku, a co pytanie o to co dostała jedna z koleżanek, której swoją drogą nienawidziłam w tamtym czasie. W czwartej klasie zabrakło mi dosłownie 0,1 do paska, bo pani od muzyki i plastyki ugięła z jakiś powodów parol nade mną. Rodzice jakoś to przełknęli, ale i tak się nie obyło bez wiecznych docinków, kiedy to dostałam ocenę niższą niż 4. Każda trója, jaką otrzymałam była dla mnie katorgą i stresem. 
         W piątej klasie to był wręcz dla mnie horror, nawet gorszy niż to co miałam w maturalnej klasie.Był to czas, gdzie nie specjalnie radziłam sobie z matematyką, trochę dlatego, bo miałam problem ze zrozumieniem materii. Za każdą jedną oceną mniejszą niż 4 ciągłe szlabany i zakazy. Do dzisiaj, jak o tym myślę to robi mi się niedobrze. Nie zapomnę tego, jak matematyca wystawiła mi dostateczną zamiast dobrej z matmy. Pamiętam mój błagalny szloch, którego do dzisiaj w wstydzę i wielką awanturę w domu.  Jeszcze po wystawieniu miałam chodzić do matematyczki, żeby ta jednak poprawiła mi stopień. Chociaż samą średnią miałam całkiem niezłą. Sytuacja była tak patologiczna, że do dzisiaj bierze mnie obrzydzenie, jak tylko o tym wspomnę. Nie zapomnę, jak przez pierwszą część wakacji musiałam za karę robić zadania z matmy i czytać na przymus książki i tak przez godzinę dziennie. Zupełnie tak, jakby zamiast trói, dostała pałę i miała w sierpniu poprawkę. Dopiero, jak nie chciałam wracać z wakacji od cioci, to odpuścili, bo chyba zdali sobie sprawę, że to nic nie da. Tylko będę chciała uciekać z domu, żeby tylko tego nie robić. Przyznam, że w ostatnim tygodniu tamtych wakacji robiło mi się niedobrze na samą myśl o tym, że mam iść. Ja najbardziej do VI klasy. Ja najbardziej dziwię się nauczycielom, że widząc, jak bardzo jestem zestresowana i jaka często na mnie jest wywierana presja, nic z tym nie zrobili.  Do rodziców o ten okres potrafię mieć żal do dzisiaj.
          W ostatniej klasie podstawówki miałam już ten czerwony pasek. Miałam nawet średnią 5,0. Może złapałam wiatr w żagle, lub też chciałam niknąc wizji jazdy, jaką miałam rok wcześniej. Potem przez całe gimnazjum też miałam wyróżnienia. Tylko niestety nie było semestru bym za jakimś nauczycielem nie latała i nie poprawiała ocen. W przypadku matematyki poprawy z 3 na 4 były wybitne. Do dzisiaj się tego wstydzę. Przyznam, że te uczenie bardziej frustrowało mnie niż dawało radę. Miałam poczucie, że żebym dostała dobrą ocenę muszę siedzieć więcej niż inne osoby, które też miały wyróżnienia. Czasami zarzynałam się, by tylko było dobrze i mieć wszystkie dobre oceny. Nadal trója powodowała u mnie duży stres, chociaż rodzice odpuścili wtedy nieco. Jednak lęk pozostał.Właściwie nawet w liceum potrafiłam tak mieć. Oczywiście miałam przedmioty, które lubiłam bardziej, ale z reszty musiałam strać się tak samo. Natomiast przejście do liceum, było niczym skok z II piętra. 
         Fakt, że na tych całych wyróżnieniach można było coś ugrać, a to telefon, a to innym razem wyjazd w góry, albo laptopa. Jednak z punktu  dnia dzisiejszego stwierdzam, że nie było warto. Te paski były nie dla mnie, a dla moich rodziców, by ci byli dumni i żebym ja miała święty spokój. Właściwie to drugie było chyba najważniejsze w tym wszystkim. Dzisiaj te paski nie mają znaczenia, tak jak i nie będzie miało znaczenia to, że teraz na ostatni semestr studiów miałam średnią 5,0 (chyba najmniej się przy tym też zarzynałam). Generalnie byłam dzieckiem które miało się uczyć, dlatego do dzisiaj do wielu rzeczy mam dwie lewe ręce. Po za tym taka sytuacja nadmuchała moją ambicje, ta zaś zamiast być moją dumą, jest  przekleństwem. To niestety bywa destrukcyjne, chociażby w ostatnich latach w kontekście FCE. Do tego idąc do liceum czułam się szara i bezbarwna, bo jedyną rzeczą jaką realnie mogłam zabłysnąć był ten cholerny czerwony pasek na świadectwie. Po latach stwierdzam, że wstydzę się tego latania za nauczycielami i współczuje sobie, często kiedy czytam pamiętnik z czasów gimnazjalnych. Ktoś powie, że "kiedyś podziękuję rodzicom za tą presje", tylko teraz nijak nie ma   wpływu. OK na studiach ma wpływ, bo dostaje się stypendium rektorskie, albo zaproszą na środek w czasie absolutorium,  ale po za tym nie ma żadnego. 

          Czasami mam nadzieję, że jak już będę miała swoje dzieci, to nie będę taka, jak moi rodzice, którym na prawdę wiele mogłabym zarzucić. Po sobie niestety wiem, że takie bezrefleksyjne bycie prymusem na siłę kiedyś się odezwie i wtedy człowiekowi zaczyna być żal zmarnowanego czasu i samego siebie. Owszem są osoby, które faktycznie są zdolne, ale robienie tego na przymus kiedyś może wyjść bokiem.       

źródło: https://stocksnap.io/photo/S059QDGBOG

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz