środa, 24 sierpnia 2016

A ty masz już swoją wyprawkę do szkoły?

         Nieubłaganie zbliża się właśnie wrzesień, czyli czas kiedy dzieci i młodzież wracają do szkoły. Ja natomiast powoli zabieram się za szukanie zatrudnienie, ale o tym może przy innej okazji. Koniec sierpnia, choć właściwie już od końca lipca, to czas kiedy w sklepach pojawiają się wszelkiego rodzaju i maści przybory szkolne. Właściwie ile razy wchodzi się do sklepu papierniczego, czy chociażby dyskontu, to można dostać oczoplonsu od kolorów i ładnych okładek, którym nawet ja ulegam. Mimo, że od teraz jest mi to nie potrzebne, a nawet gdyby wystarczy mi do szczęścia blok z kartkami.  Przyznaje, że gdy chodziłam do szkoły najbardziej lubiłam ten moment, kiedy przychodziło do kupowania przyborów. Nawet jak przestałam lubić szkołę. Kiedy byłam dzieckiem niewątpliwie  jeszcze bardziej motywowały do powrotu, zaś w późniejszych latach umilały szarość uczniowskiego życia. Czasami mam wrażenie, że do tej pory z tego nie wyrosłam i sama w okresie kompletowania szkolnej wyprawki dostaję małpiego rozumu i to tak dosłownie



        Właściwie duży wybór był już w czasach kiedy byłam dzieckiem. Zawsze do szkoły miałam świetne przybory, chociaż długopisy traciły swą żywotność przeważnie już po miesiącu. Jednak takie rzeczy, jak plecak czy piórnik potrafiłam mieć kilka lat. Niektóre z moich starych piórników mam do dziś i nawet mi służą. Rodzice nigdy specjalnie nieszczędzili na Chociaż uważam, że teraz są jeszcze lepsze. Wzory i kolory, jakie tylko dusza pragnie. W takich momentach, to aż chciałoby się być uczniem. W dwa lata temu i zeszłym roku cierpiałam na chroniczne kupowanie sobie długopisów, przez co zrobiła mi się ich pokaźna ilość, która prawdopodobnie przy pomyślnych wiatrach starczy mi nawet do końca studiów doktoranckich. (jeśli kiedyś takowe podejmę) W tym roku wybór padł na zeszyty z ładnymi okładkami, z przeznaczeniem na pamiętnik. Trochę tego mam, ale wykorzysta się. Robię dużo zapisków.  Czasami jeden zeszyt starcza mi raptem na miesiąc zapisków. Tym się pocieszam. 

        Przyznaje się lubię kupować różne fajne rzeczy do pisania. Już dawno znałam te superowe zmazywalne długopisy, na które mają szał wszystkie te dziewczynki pokazujące w haulach co takiego kupiły do szkoły. Pocieszam się, że za moich czasów nie było You Tube. Owe były już dostępne w czasach kiedy chodziłam do gimnazjum. Podpatrzyłam je u moich nauczycielek, ale pierwszy kupiłam sobie w liceum. Były one wtedy jeszcze dość drogie, chociaż dzisiaj z tą ceną też jest różnie. Trochę różnych długopisów mam, ale  przez to znam swoje preferencje, co do ulubionych rodzajów długopisów i ołówków, którymi dobrze mi się pisze. Najbardziej lubię te miękkie długopisy ze stalówką 1 mm, albo żelowe długopisy.  

Metalowe długopisy reklamowe (i nie tylko) zawsze na propsie


W tych wszystkich rzeczach można też znaleźć perełki. Jedną z takich perełek były swego czasu zeszyty z Happy Tree Friends, tą krwawą bajką ze zwierzakami. Pod koniec gimnazjum miałam parę tych zeszytów. Akurat był na nie wtedy szał.  Teraz  jakoś tak szukałam, ale nawet na Allegro i w Internecie nie były one dostępne. Po za tym pamiętam, jaka była afera, że niby zeszyty przedstawiają krwawe sceny, kiedy tymczasem jest to czarny humor, którego przekaz jest skierowany do starszych osób/młodzieży. Ja miałam kilka i jakoś nie poczyniło to ze mnie psychopaty. Po za tym z tego co wiem to małe dzieci same przyborów sobie nie kupują, więc o co chodzi. Po za tym jeszcze to gadanie, że rozpraszają. Ja miałam takie zeszyty do kilku przedmiotów i jakoś z wielkim trudem przypominam sobie, żebym nie mogła się na owych skupić. Ja myślę, że w pewnym momencie życia ucznia powinien mieć prawo do tego by wybrać sobie okładkę zeszytu. Przyznaje miałam takie zeszyty i nikt afery z tego nie robił. A przynajmniej ja miała fan, bo już wtedy lubiłam czarny humor. 

 Będąc dzisiaj w jednej z księgarni w moim mieście ku mojemu zdziwieniu, czekała mnie oto taka miła niespodzianka niespodzianka:
Aż wzięłam dwa, bo jeden to za mało

       Kilka lat szukałam tych zeszytów i nie mogłam znaleźć, kiedy nagle dzisiaj je znalazłam i to w nawet przyzwoitej cenie. W czasach kiedy seria ta była dostępna w Empiku swoje kosztowała. Bodaj 10 złotych za taki jeden brulion A5, ale wiadomo że za licencje się płaci i zeszyty licencyjne są zawsze droższe od tych z jakimś innym obrazkiem, a nie postaciami z kreskówek. 
       Jako ciekawostkę przyrodniczą mogę powiedzieć że, taki zeszyt jak z prawej, tylko w miękkiej okładce miałam do geografii w ostatniej klasie gimnazjum. Natomiast ten drugi do historii i to identyczny. Pamiętam jak chowałam okładkę, przed tym by zobaczyła ją moja nauczycielka, z której strony obawiałam się, że zrobi mi aferę. Pocieszam się, że nie zdecydowałam się, żeby był to zeszyt z WOSu, bo wtedy miałabym go 3 lata. Chociaż sentencja "co cię nie zabije to wzmocni", zdecydowanie bardziej pasowała w liceum do fizyki. Ubolewam, że nie mieli więcej takich wzorów i że nie było zeszytów w linie (bo lubię pisać w linii) 

Od kilku lat dochodzę do wniosku, że mogłabym pracować w jakimś sklepie papierniczym doradzając wybór długopisów i innych takich. Szczerze to bym się chyba nawet w tym odnalazła i była w swoim żywiole.  Jeśli chodzi o przybory, może same w sobie nie sprawią, że osoba, która specjalnie nie przejmowała się nauką, stanie się nagle inżynierem, czy prymusem, ale zdecydowanie umilą czas spędzony w murach szkoły i to chyba niezależnie od jej poziomu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz