środa, 10 sierpnia 2016

Jak skutecznie podciąć komuś skrzydła-antyporadnik

             Po prawie dwutygodniowej przerwie postanowiłam coś napisać. Pierwotnie założenie było takie, że będzie to coś lajtowego, chociaż może to raczej coś koło tego.  Wszyscy blogerzy lifestylowi mówią o motywacji i wierze we własne możliwości wszyscy jak jeden mąż rozpisują się o spełnianiu swoich marzeń i tym jak ważna jest pewność siebie. Po za tym ciągle tylko piszą o wierze we własne siły, która pozwala podejmować trafne decyzje. Co kiedy jednak jej nie posiadamy. Nie wiem, czy to tylko ja mam takiego pecha, czy jakoś nie tak to widzę, ale odkąd pamiętam najbardziej podcinali mi skrzydła ludzie z najbliższego otoczenia: koledzy, nauczyciele, czy rodzina. Na tej bazie też postanowiłam napisać coś na ten temat. Z tego co doskonale pamiętam podobny post miał miejsce jeszcze na starym blogu, ale z dzisiejszego punktu widzenia  wydał się mi on za bardzo jęczący więc, postanowiłam napisać ten post w takiej oto formie poradnika, a właściwie to antyporadnika, bo tak by to wypadało nazwać oparty niestety o moje bardzo kiepskie doświadczenia.


https://pixabay.com/pl/anio%C5%82-skrzyd%C5%82o-skrzyd%C5%82a-anio%C5%82a-1026438/


1. Porównuj do innych, w końcu przecież ktoś i tak jest lepszy.

W moim przypadku było to nagminne szczególnie w szkole podstawowej, o czym pisałam chyba też przy okazji posta o czerwonym pasku. Zawsze koleżanki z klasy, czy najlepsza przyjaciółka były lepsze ode mnie. Do dzisiaj pamiętam teksty rodziców pod tytułem "Gdyby Zosia była na twoim miejscu, to byłaby najlepszą uczennicą w szkole", albo typowe dla tego okresu stwierdzeniu  "Czemu nie...", kiedy dostawałam jakąś ocenę, albo pytanie co dostali inni, czy wcześniej rzeczona Zosia, czy inna Kasia. Przyznam, że do dzisiaj te sposoby motywacji mnie bolą. Wybudowały we mnie takie poczucie, że nigdy nie będę najlepsza. Takie trochę też stawianie innych za wzór, ale mnie raczej za przeciwieństwo tego. Te wstawki odnośnie przyjaciółki chyba bolą mnie jeszcze z tego względu, że wtedy ta najlepsza przyjaciółka, od jakiegoś czasu już nią nie jest.

2. Wyśmiewaj jego pasje, marzenia, zainteresowania i uważaj, jako głupie

Z tym spotykam się mam wrażenie odkąd zaczęłam pisać najpierw pamiętnik, potem moje kolejne blogi. Kiedy gdzieś o tym mówiłam, to zazwyczaj było to postrzegane przez moje otoczenie, jako głupie i okraszone zwykle ironicznymi uśmiechami. To samo w sumie było z moimi zainteresowaniami, które odbiegały od schematu. Natomiast ja zostałam uznana, jako ta dziwna, tudzież nudna. Właściwie z tym mam wrażenie spotykam się do dzisiaj. Taki moment miał miejsce 2 lata temu, kiedy po licencjacie powiedziałam, że chciałam zajmować się pisaniem. Na co jedna z byłych już koleżanek stwierdziła, że przecież mam problem ze skleceniem zdania, a ja o pisaniu myślę. To samo było w liceum, gdy mówiłam, że myślę o tym, by zacząć pisać i związać z tym życie. Na co kuzynki stwierdziły, że potrafię popełniać błędy w statusie na FB, a o takich rzeczach myślę. Właściwie do tej pory jest tak, że na przestrzeni lat znaczna ilość hejtu, z jakim się gdzieś tam zetknęłam pochodziła od ludzi z mojego otoczenia, którzy jakoś nie zamierzali powiedzieć mi w prost, co im nie pasuje. Woleli wylać to na mnie poprzez komentarz na blogu. Dlatego też po latach bez żalu z wieloma ludźmi zerwałam kontakt. Przynajmniej nie truję się mentalnie.
Właściwie rzez kupę lat było tak, że trzymałam się tego co robię, tylko i wyłącznie dlatego, bo nikomu z otoczenia o tym nie mówiłam. Nadal tego nie robię, właśnie w obawie, że będzie chciał mnie zniechęcać i że może się o udać.


3. Widź tylko mankamenty i nie (lub rzadko) zwracaj na dobre strony. Zniechęcaj do działania

Tu w sumie można by odnieść się do tego poprzedniego punktu. Kiedy chciałam coś robić, ale mi nie wychodziło, ludzie często zamiast starań dostrzegali moje niedociągnięcia. Nic, że nadal mogę coś udoskonalać, kogo to obchodzi. Są błędy, to może lepiej tego zaniechać. Do dzisiaj pamiętam przykrą sytuację, kiedy to koleżanka (całe szczeście już była) stwierdziła, że nie umiem mówić po angielsku i nie powinnam tego robić, za to ona chodzi na prywatny angielski. Pamiętam jak wtedy zawrzała we mnie krew. Co z tego, że próbowałam i tak zostałam skrytykowana, że w ogóle śmiem to robić. 

4. Mów, że to co robi nie ma znaczenia w dalszej perspektywie jego życia

Tu można podać jakże aktualny przykład ze studiami i powtarzanie, że studia są nic nie warte. Powtarzane wszem i wobec w Internetach. Na studiach miałam wysoką średnią, później nie ma i tak znaczenia, bo nikt na to nie patrzy. To samo słyszę teraz jeszcze odnośnie swojego FCE, kiedy o tym mówię. To kuzynka pyta mnie na co mi to? Sugerując przy tym, żebym może sobie odpuściła, bo i tak nic mi to nie da. Nie wychodząc może z założenia, że jest to moje marzenie, albo część mojego rozwoju (albo oba naraz). Jak słyszę takie rzeczy, nawet wypowiedziane nieświadomie, to zaczynam się zastanawiać, czy robienie czegokolwiek ma jakiś sens, bo przecież i tak nic mi to nie da. 

5. Wyręczaj we wszystkim, w czym tylko się da

To chyba grzech główny moich rodziców. Co można powiązać z tym samym postem o czerwonym pasku. Mówienie, że tylko mam się uczyć, a wszystkie moje inicjatywy był gaszone, pod pozorem, że ktoś zrobi to za mnie lepiej. Tak też było w moim przypadku, kiedy nie mogłam zrobić pracy na plastykę, bo mama zrobi ją lepiej, kiedy nie mogłam zrobić czegoś w domu, bo zrobię to źle. W efekcie jest tak, że mają dzisiaj 24 lata, czuję się jak osoba, która posiada dwie lewe ręce i która generalnie niewiele umie. OK przez 5 lat jakoś trochę się to zniwelowało, ale i tak nadal czuję się jak istota, która niewiele umie i z wieloma rzeczami ma problem. 

6. Nie dostrzegaj potencjału 

Często w czasach szkolnych to czułam. Im byłam starsza tym bardziej, bo starałam się i miałam zainteresowania. Miałam też dobre stopnie i jakąś tam wiedzę, ale nauczyciele nie potrafili w znakomitej większości tego dostrzegać. Póki im to pasowało byłam wysyłana, na jakieś pomniejsze konkursy o marchewkę. Kiedy zaś chciałam iść na olimpiadę, z danego przedmiotu ( tu w moim przypadku w pas kłania się przykład WOSu) to byłam gaszona. Tak samo było w kilku innych przypadkach, kiedy chciałam napisać coś na konkurs (wtedy ta pasja we mnie gdzieś się budziła, tak to ujmę), ale do tego, była osoba z góry wybierana, której dawano szansę, chociaż gdybym trochę popracowała, moje działania nie byłyby wiele gorsze. Wszystko tylko dlatego, bo miałam dysleksję i już z góry byłam skreślona, jako ta, która zrobi to po prostu do dupy.  Tak de facto, trzeba było mi afery z blogiem pod koniec liceum, ażeby polonistka zauważyła, że w sumie mam całkiem ciekawy styl. (ona sama wtedy to stwierdziła)

           Przyznam, że bywają czasem takie momenty, które uświadamiają mnie w tym, jak bardzo na przestrzeni całego mojego życia miałam podcinane skrzydła. Gdyby się uparł to nawet w kontekście mojej choroby, gdzie wróżono, że zostanę "paprotką", można by było doszukiwać się właśnie takich znamion. Jak o tym myślę, to dostaję apopleksji. Ktoś to co napisałam, może uznać z mojej strony, jako oskarżanie ludzi o moje problemy. Owszem, ja też nie jestem święta. Przede wszystkim przez wiele lat dawałam sobie zbyt mocno w kaszę dmuchać, to jest mój podstawowy problem.  Wszyscy  mówią o budowaniu poczucia własnej wartości i tym, żeby samemu w siebie uwierzyć. Tylko ja się pytam na czym? Skoro całe życie poczucie wartości jest podkopywane. Z tego co wiem to budowanie na piasku zdaje się niezbyt, bo wystarczy jeden zły ruch i wszystko może runąć. To się tak ładnie mówić, ale nie da się ukryć, że człowiek jest istotą społeczną, żyje między ludźmi. To oni są często tym zwierciadłem, w którym siebie widzą i jaki obraz siebie budują. A jak ktoś mówi, że inni ludzie nie mają wpływu na budowanie poczucia własnej wartości i pewności siebie, to prawdopodobnie, jest po prostu głupi. Brzmi to strasznie, ale taka jest moja pointa w tym temacie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz