sobota, 3 września 2016

Zajęcia dodatkowe: Inwestycja, czy strata czasu i energii

          Nie mogę się zdecydować, bo najpierw miał być post o maturze, ale jednak rozmyśliłam się i maturę zostawię na później, wszakże do maja jeszcze daleko i nie ma się nad czym rozpływać i straszyć młodzież, chociaż, jak znam życie to licea już rozdmuchują to niemiłosiernie, część dla zasady inna część dla wyników, ale o tym to może przy okazji jakiegoś wpisu o maturze wcześniej, lub później. Dobra miało być w maju, ale nie pykło, weny zabrakło. No ale wracając do tematu głównego dzisiaj do przemyśleń niejako skłonił mnie jeden tekst odnośnie tego, że dorośli mają 40 godzin roboczych w tygodniu, a dzieciaki nie raz 72, bo przecież szkoła, odrabianie lekcji i zajęcia dodatkowe, od których nadmiaru niejednego dorosłego mogłabym rozboleć głowa.


          Na temat tego ostatniego chciałam coś napisać. Było już o korepetycjach, to teraz o tym. Akurat jest ku temu impuls, a ja mogę coś powiedzieć, jako dziecko, które ganiało na takie zajęcia po za szkołą, ale też po za lekcjami. W czasach kiedy zaczynałam swoją przygodę z zajęciami dodatkowymi, takowe nie były specjalnie popularne, a ja byłam jednym z niewielu dzieciaków, które na jakieś chodziło. Dzisiaj zapewne tendencja jest odwrotna, bo jak wiadomo, to znak naszych czasów. Nie raz w Internecie pisze się, o nawet przedszkolakach, które są wyganiane zaraz po zajęciach, na kolejne. W końcu: balet, pianino, tenis, język angielski i pływanie na dokładkę brzmi spoko. W końcu inwestycja w rozwój dzieci, a że nie zawsze im się to podoba to już inna sprawa...
źródło: https://stocksnap.io/photo/13UA1A0C28

            Jako, że byłam jedynym dzieckiem swoich rodziców, to ci postanowili wysłać mnie na zajęcia z angielskiego, na które to ganiałam od zerówki, aż po dzień dzisiejszy. (no bo FCE mi się zachciało). Same zajęcia wspominam tak w kratkę i dobrze i źle. W sumie to bywało, że męczył mnie te zajęcia. Czasami buntowałam się w tym temacie, po za tym jakoś szczególnie nie przykładałam się do nich. Bywało, że mnie to trochę męczyło, albo chciałam spędzić czas z koleżankami. Chociaż, nie uważam, żebym była, jakoś zajeżdżana. Bywały takie lata, kiedy zaraz po zajęciach w szkole jechałam na zajęcia z języka. Dla zasady czasem spóźniłam się 10-15 minut. W sumie to mam wrażenie, że byłam na nich w takim ogonie grupy. Chociaż patrząc na to z innej strony, również dzięki nim nudziłam się na angielskim przez podstawówkę i gimnazjum na większej ilości zajęć. Może mało do tej głowy wchodziło, ale zawsze coś zostało, na tyle, że na nudę na obowiązkowych zajęciach mogłam sobie pozwolić. Czy w dalszej perspektywie te zajęcia coś mi dały. Z FCE jestem nadal w 4 literach i nie zapowiada się, by było inaczej, szczególnie gdy po przeprowadzce będę musiała zmienić szkołę językową. Fakt tamte zajęcia, na które chodziłam za dzieciaka były tanie, bo 40 złotych za 8 godzin, w stosunku, że teraz (płaczę) płacę 280 to na prawdę robi różnicę. No dobra tamte były w grupie 20 (lub więcej)  osób, a tu mam 1 na 1, więc i tak nie powinnam narzekać.  Tak było do 2 klasy liceum z tym dodatkowym angielskim. 

       Między czasie pojawiały się inne pozalekcyjne zajęcia. W podstawówce nie było ich wiele. Właściwie takowe pojawiły się od drugiej klasy gimnazjum. Wtedy zaczęłam chodzić na zajęcia kółka biologicznego. Właściwie te zajęcia z uśmiechem wspominam do dziś, sporo mi dały, widziałam coś nowego, było trochę fajnych eksperymentów, czegoś, czego człowiek nie był w stanie zaznać na normalnej lekcji. Z uśmiechem wspominam też wyjazdy z koła do ogrodu dendrologicznego w Przelewicach. Kiedy byłam młodsza wydawało mi się to nudnym miejscem, ale potem polubiłam to miejsce. Właściwie to zajęciami z kółka biologicznego były takim baśniowym  dodatkiem, do mojej gimnazjalnej szarej rzeczywistości. Właściwie do dziś uważam, że nauczycielka od tego przedmiotu z gimnazjum, była jedną z lepszych nauczycielek spotkanych na mojej drodze edukacyjnej. Chciałam kontynuować swoją przygodę z biologią jeszcze w liceum. Jednak wtedy zmieniła się nauczycielka, zaś zajęcia w odróżnieniu do tych z gimnazjum były po prostu nudne. W liceum zaczęłam swoją przygodę z kółkiem historycznym, na którym czasami robiło się coś z historii, a czasami pochłaniałam w trybie natychmiastowym zadania z WOSu. Te zajęcia również wspominam miło, chociaż, z biologii to były najlepsze zajęcia dodatkowe, jakie miałam. 

        Czy miałam jakieś zajęcia, na które chciałam chodzić. Były, to na pewno. Miałam tai moment gdzieś między 8 a 9 lat, kiedy zamarzyła mi się gra na pianinie lub keybordzie. Jednak rodzice kazali mi wybierać między angielskim, a właśnie graniem. Zdecydowałam się ostatecznie na angielski. Z czasem i tak zostałam zrażona, do grania na instrumentach, za sprawą mojej wspaniałej nauczycielki muzyki, która na siłę wciskała mi grę na flecie. Co gorsza prześladował mnie ten flet do końca gimnazjum.
        Ja byłam w tej dobre sytuacji, jeśli chodzi o zajęcia dodatkowe, że miałam koleżankę, która tak samo, jak ja chodziła na zajęcia dodatkowe 2 razy w tygodniu, tyle że na śpiewanie. Muszę przyznać, że chyba to śpiewanie szło jej wtedy lepiej, niż mi mój angielski. Choć z dzisiejszego punktu widzenia, na pewno mają one przełożenie, na to co teraz robię. 

          Co uważam o zajęciach dodatkowych. Zajęcia są pożyteczne (tak jak języki, czy korepetycje), albo jeśli faktycznie dzieciak je lubi, to tak.  Jeśli chodzi o inne rodzaje, to już bym się kłóciła. Jeśli są na zasadzie, rozrywki i rodzice nie wymagają cudów, albo wyników też, bo wtedy można uznać to za rozrywkę. Chyba najważniejszą rzeczą w tym wszystkim, jest przede wszystkim, to żeby dzieciak się nie wypalił, o czym można usłyszeć. Jeśli dzieciak ma dużo zajęć dodatkowych i nie zarywa nocy nad lekcjami, bo umie sobie zorganizować jakoś czas i lubi te zajęcia to spoko. Gorzej jeśli dziecko chodzi na nie, bo zmuszają go do tego rodzice, twierdząc przy tym, że oni sobie żyły wypruwają. Może jeszcze nie mam swoich dzieci, ale nie rozumiem tego parcia i wyścigu szczurów, który obecnie jest generowany przez rodziców, że zajęcia dodatkowe mają być wyznacznikiem powodzenia w dorosłym życiu.  Przecież do pracy w korpo nie potrzebna jest umiejętność grania na flecie, czy innym ukulele. Chyba raczej przydaje się kreatywność, ale tej jak wiadomo nabywa się, przez beztroską zabawę na podwórku. 
        Jeśli dzieciak faktycznie ma talent i to lubi, to tak, wtedy ma to sens, bo dzięki talentowi toruje sobie możliwości na przyszłość.  Jednak jeśli tak  nie jest a zajęcia są na siłę, to zamiast sukcesu w życiu raczej funduje mu się pasmo frustracji.   Łapiąc kilka srok za ogon, w garści mogą zostać tylko pióra. Natomiast zamiast wspaniałego muzyka, baletnicy, czy sportowca, rodzice dorobią się sfrustrowanego dzieciaka, z którym będzie trzeba chodzić na zajęcia dodatkowe, ale już wtedy ... do psychologa (czy tam innego specjalisty). Ja nie mówię, że zajęcia dodatkowe są złe, ale myślę, że w dobrym tonie jest zachować pewien umiar.

Źródło inspiracji do posta: http://chetkowski.blog.polityka.pl/2010/01/24/40-godzinny-tydzien-nauki/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz