wtorek, 8 listopada 2016

Krótka opowieść o zmianach i szukaniu szans

         Nie pisałam ostatnimi czasy na blogu. Jakoś nie miałam ku temu ani motywacji, ani też tematu, na jaki mogłabym mogła napisać. Poprawka tematy by się znalazły, ale z chęciami jakby mniej, bo i jakoś mam wrażenie, że moje wpisy i tak nic nie wnoszą i nikt się nimi nie interesuje, więc i ja straciłam jakoś ikrę by pisać. Miałam taki moment, że nawet już chciałam zakończyć działalność bloga, ale jakaś dziwna siła sprawiła, że jednak postanowiłam coś tutaj naskrobać. Po prostu nie chciało mi się.  Druga sprawa zmiany, bardzo dużo zmian. Czytaj znalazłam pracę. Owszem może nie jest to nic wiązanego z moimi studiami. Obawiam się, że o taką pracę będzie mi ciężko. Jednak na początek dobre i to, żeby powoli zacząć ten proces usamodzielniania się. Przyznaje, że miałam taki moment, że bałam się, że nie prędko to nastąpi. 


        Nadal boję się, że jak mi nie wyjdzie, to będą pretensje i przytyki w stylu "a nie mówiłem/am". Chociaż praca na call center, jako doradca nie jest pracą marzeń, ale znalazłam w tym pewne szanse i umiejętności, jakie mogłaby mi. Chociażby umiejętność rozmawiania z ludźmi, pomagania im, obserwowania, jak działa bardziej rozbudowanej struktury, ale także odpowiedzialności. Jak będzie w praktyce to tego nie wiem. Tak czy inaczej gdyby ktoś jeszcze tak z 3-4 lata temu powiedział mi, że podejmę się czegoś takiego powiedziałabym, że chyba na mózg komuś padło. Ponieważ jeszcze wówczas miałam problemy z inicjowaniem kontaktów telefonicznych.  Nie ukrywam, że ta praca ma to do siebie, że może jest słabo płatna i odpowiedzialna do tego, ale gdybyśmy się uparli to wiele zwodów właśnie tak ma. W sumie za jakiś czas mogę poszukać czegoś lepszego. 
       W ostatnim czasie poznałam dużą liczbę ludzi, zarówno w nowej pracy, jak też po za nią. Zmieniłam klimat i aktualnie, jest bardzo fajnie. Spotkałam  kilkanaście ciekawych i interesujących osób. Niektóre dały mi do myślenia i w sumie zazdrościłam im, że mimo strachu dały radę w obliczu zmian. Zaczęłam nowe studia tym razem podyplomowe Public Relations i Komunikacja Społeczna. Przyznam, że po pierwszym zjeździe, jestem nimi zachwycona i że prawdopodobnie będą to jedne z lepiej zainwestowanych pieniędzy. Jeśli chodzi o FCE, to na razie dałam sobie przerwę w tym. Jak dobrze pójdzie to w pierwszym kwartale 2017 roku mam zamiar zacząć to na nowo. Nie wiem co z tego wyjdzie, bo nawet nie wiem, czy ze swojej pracy będzie mnie na to stać. Po za tym nie wiem, czy przy pracy grafikowej będę w stanie podjąć takie kursy. To jest taki duży znak zapytania, jaki pojawił się nad tym pomysłem. Fakt ostatnio ten zamiar trochę mentalnie mnie niszczył. Zafiksowałam się, że muszę mieć ten certyfikat. Nadal chcę go zrobić, ale chwilowo, wolałabym nie pakować się w dodatkowe koszta, jakimi byłby kurs.  Oczywiście nadgodzin mieć nie mogę, bo prawo pracy mnie uszczęśliwia, ale może coś wymyślę i będę miała pieniądze na ten cel. Ewentualnie wrócił do mnie pomysł pójścia na doktorat w przyszłym roku, czego też nie wykluczam. Doktoratu może nie zrobię, ale pozwolę sobie na rozwój w innych obszarach. Przy okazji zobaczę coś nowego. Ostatnio wręcz pragnęłam zmiany klimatu, otoczenia, poznania zupełnie czegoś nowego. Obecny czas właśnie coś takiego mi umożliwia. 



      Co do samej pracy to muszę powiedzieć, że gdzieś na początku miałam spore wątpliwości. Jednak czynniki zewnętrzne (osobowe, może to lepsze określenie)  sprawiły, że tam zostałam. Na etapie szkoleń, też najłatwiej nie było, ale dałam radę. Też miałam potworne wątpliwości, czy ja się do tego nadaje, czy to jest, to co bym chciała robić w najbliższych miesiącach. Ogrom wątpliwości. Tu znów pojawiła się chęć wycofania się. Tu jednak znów wpływ miała grupa, która można powiedzieć wybiła mi to z głowy. Fakt, że miałam za sobą już wtedy 2 tygodnie szkoleń i do tego jeszcze wstawania o 5-ej rano, żeby dojechać do Szczecina. Teraz nadal mam szkolenia, ale już jestem na właściwiej umowie i niebawem zacznie się praca. Na razie na wszystko patrzę obserwuje i wyciągam wnioski.  Przygodę z obsługą zaczynam za tydzień, na razie pod czyjąś opieką, potem sama. Przyznaje, trochę się boję. Może strach z dnia na dzień jest mniejszy, a z drugie strony słyszę, że sieję defetyzm. Chociaż mam wrażenie, że pesymizm wpisany jest w mój genotyp. 
        Aktualnie mieszkam w Szczecinie, do pracy mam jakieś 5 minut drogi. Wszystko jakoś się układa, mam fajnych współlokatorów. Nawet z zagranicy, co pozwoli mi utrzymać kontakt z językiem angielskim, na czas przerwy od FCE. To też jakaś szansa, którą daje mi zaistniała. 

        Przyznaje jest ciężko i co do tego nie mam wątpliwości. Nadal się boję, że mi się nie uda. To taki dominujący na chwilę obecną lęk. Z drugiej odzywa się też nadziej, że może nie będzie tak źle. Niby jeśli chodzi o adaptowanie się, nie jest u mnie tak tragicznie, ale obawiam się, że ten zachwyt, jaki gdzieś mogę teraz przejawiać, może minąć i wtedy zacznę dostrzegać minusy tego wszystkiego. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz