środa, 23 listopada 2016

Wyznania początkującej konsultantki

        Jakoś tak dzisiaj mnie tknęło, żeby napisać coś na blogu. Pewnie będzie to jeden z tych postów, który będzie pewnie pominięty przez wiele osób, jako nudny i nie ciekawy. Tak jak wiele moich wpisów w ostatnim czasie. Przyznam, że miałam wątpliwości, czy coś napisać, ale postanowiłam spełnić swoją grafomańską potrzebę.
        Ostatnie kilkanaście dni upływa mi pod znakiem pracy. To właśnie zajmuje moją głowę w chwili obecnej i jakoś też dla tego jest mnie tutaj, jakby mniej.  Skończyłam już kursy i szkolenia i zaczyna się praca. Przyznaje nie byle jaka, bo jako konsultant na słuchawce. Tak pracuje w call center. Nie, nie sprzedaje garnków z kryptonitu, ani zbawienia Bożego. Raczej pomagam ludziom, kiedy środki z ich konta w telefonie uciekną w siną dal, wróżki nie dają żyć wysyłając kolejne przepowiednie, albo Internet z pozycji telefonu da po kieszeni, a nie ma wykupionego pakietu. Gdyby ktoś 4 lata temu powiedział, że właśnie w takiej pracy się znajdę, to kazałbym puknąć się w łeb, najlepiej ciężkim młotkiem. 


     Przyznam, że samo to, że tam się znalazłam, jest swoistym zrządzeniem losu. Przyznam, że na samym początku wahałam się, czy to aby na pewno dobry pomysł. Z rozmowy kwalifikacyjnej, w pewnym momencie, miałam ochotę uciec z krzykiem. Potem miałam też kilka momentów kiedy chciałam zwijać żagle stamtąd, ale jakoś oddziaływanie ludzi pozwoliło mi, jednak tego nie zrobić.  Na prawdę to jestem tam dlatego, że zostałam przekonana przez życzliwych ludzi, że jednak coś z tego będzie i że może nie warto rezygnować i dać sobie szansę. 
źródło: pixbay


      Tak oto zaczęła się moja przygoda z biurem obsługi klienta. Przyznam, że pierwszy dzień był straszny, natomiast po powrocie, jedyne co chciałam dokonać to harakiri seppuku, bo było po prostu strasznie. Do tego to wrażenie, że inni z mojego kursu sobie radzą, a ja mimo ukończonych studiów, jestem lotna, co najwyżej jak związki siarki w powietrzu. Nie no z dnia na dzień jest coraz lepiej. Owszem bywają lepsze i gorsze rozmowy. Czasami język plącze się, jak opętany, ale mimo wszystko staram się sobie radzić. Nawet o dziwo moi rodzice są za mną i mnie w tym zaczęli wspierać. Chyba doszło do nich, że to moja pierwsza racja i zaczynają popierać moje próby usamodzielnienia się. Mama twierdzi, że zawsze tak jest i czasami ktoś pracując wiele lat na jednym stanowisku potrafi spinać się, niczym rasowy świeżak. 
       Owszem co rano dostaję spiny, ale siadam, tak jak dzisiaj do pracy i gdzieś o tym zapominam. Zaczynam robić swoje. Jak czegoś nie wiem, to pytam, bo ludzie chętnie pomagają. Bywają wymagający klienci i trudne sprawy, ale jakoś się staram. Nie jest idealnie, ale próbuje. W sumie to Czasami mam spinę, czy coś dobrze robię i czy aby na pewno nie będzie z czegoś dymu. Zauważyłam, że boję się popełniać błędy, może mało w życiu ich popełniłam i dlatego tak jest. Nie wiem? Bywają chwilę, jak te w ubiegłym tygodniu, kiedy w to wątpię, albo kiedy się boję. Przyznaje towarzyszyło mi sporo obaw, co nawet zostało zaznaczone w zarysie mojej osoby po szkoleniu. Nadal walczę  obawami i jakoś sobie radzę. Pierwszy miesiąc jest najgorszy potem jakoś leci. 

        Ktoś powie, że jak na osobę po studiach, skończonych w sumie z wyróżnienie to mało ambitna praca. Był taki moment, że pomyślałam, sobie, że mogłabym robić coś lepszego, że nie zarobię kokosów, a do tego mogę w grafiku trafić pracę w święta, bo w końcu infolinia działa 24/7.
 Z drugiej zaś strony z reklam na swoim blogu, to nawet bym swojego kota nie wykarmiła, a co dopiero siebie, więc lepiej zabrać się za uczciwą robotę. Przynajmniej nie wychodzę na lamusa, który siedzi na dupie i nic nie robi.  

        Pomimo tych minusów w pewnym momencie zaczęłam dostrzegać szanse.  Kiedy zaczęłam rozmawiać z ludźmi, którzy pracują tam czasem po kilka lat, to uświadomiłam sobie, że ta praca mogłaby mi dać spory kapitał. Może nie materialny, ale doświadczenia, na przykład w materii, jak rozmawiać z ludźmi, albo jak rozwiązywać problemy na bieżąco.Są tam różni ludzie. Dużo jest taki po studiach, jak ja. Przyznam, że trochę źle zrobiłam, że nie zaczęłam pracować jeszcze na studiach (mam raptem 3 miesiące stażu), bo akurat ta praca byłaby ciekawym dopełnieniem.   
Na pewno też wyrobiłaby w pewnym stopniu odporność na stres, z którą nie oszukujmy się, u mnie bywa kiepsko. 
       Obecnie to nie mogę wyjść z podziwu, że jakoś radzę sobie z tym, chociaż ludzie, którzy dzwonią na prawdę są różni. W sumie też ciekawe spostrzeżenia, które nie ukrywam przydały mi się, chociażby w czasie zajęć na studiach podyplomowych.
         Po za tym przecież nie będę tam pracować na zawsze. Może jak znajdzie się coś lepszego, to zmienię pracę, przecież nic na siłę.  To nie jest na zawsze, a gdybym nie znalazła niczego lepszego, to przecież nie ma co kręcić nosem. Wiem, że być może to co tam przeżyje może być ciekawym bagażem doświadczeń i szkołą życia. 

         Wiadomo pewnie będzie różnie, raz lepiej, a raz gorzej. Jednak coraz bardziej czuję, że wsiąkam w tą strukturę i zaczynam wchodzić w te tryby. Nie wiem, jak to będzie za miesiąc, dwa, czy pół roku, ale trzeba coś robić, bo same marzenia nikogo jeszcze nie wykarmiły. Mówią, że najtrudniej jest zacząć, a potem to jakoś leci. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz