wtorek, 24 stycznia 2017

Dzieciństwo sielskie i anielskie?- czyli 4 powody przez, które NIE tęsknię za dzieciństwem

        Po ponad 3 tygodniach nieobecności na blogu spowodowanej różnymi czynnikami postanowiłam wreszcie coś napisać. Wiem, miało być pisanie częściej, ale nie miałam na to pary na takie historie. Wolałam zająć się tym co tu i teraz. Także pierwszy post w 2017 roku postanowiłam, że będzie o dzieciństwie. Czymś nad czym niejeden rozpływa się, jak czekolada, pisząc jakie to ono fajne było, albo że jak miałeś coś tam, to miałeś zajebiste dzieciństwo. Ja natomiast nie koniecznie. Od kilku ładnych lat uważam, że urodziłam się dekadę za wcześniej, bo w obliczu problemów, z którymi się zetknęłam jako dzieciak,  gdybym urodziła się dekadę później, to byłoby mi nieco łatwiej i może byłoby więcej zrozumienia. 




https://pixabay.com/pl/nied%C5%BAwied%C5%BA-zabawka-dziecko-1802370/


1. Choroba

          Jako dziecko miałam (właściwie dalej mam) wodogłowie. Kto czytał jeszcze starego bloga, to wie jaki przez lata był mój stosunek do tej choroby. OK w latach 90-tych byłby to spory problem. Dzisiaj ta przypadłość to tylko defekt, z którym da się żyć. Owszem zastawka może się popsuć, mogę trafić na wczasy na neurochirurgii, ale generalnie są gorsze rzeczy.   Właściwie idąc tym tropem, to fakt ten obwiniany o to ja wygląda (lub raczej nie wygląda) moje życie. Fakt, że widmo tego że coś się może "zepsuć", albo gdzieś się uderzę było sporo większe. Czasami jak się nad tym zastanawiam, to tak na prawdę byłam bombardowana w pewnym momencie życia tym właśnie faktem. Było to tak mniej, więcej w okresie podstawówki, kiedy to jeszcze było widać różnicę między mną a rówieśnikami. Wiadomo wielkość głowy te klimaty. Tak na prawdę jak to było na prawdę przewartościowało mi się w głowie, po wizycie u neurochirurga. Tak po  prawdzie mówiąc żałuje, że nie zrobiłam tego mając 13 lat (a nie 23, jak to było) i przerwać terroryzowanie mnie przy pomocy tego faktu. 


2. Nadopiekuńcze otoczenie

          To niejako wynika z tego pierwszego, bo rodzina zawsze bała się, że nie daj Boże się coś stanie. W sumie patrząc na dzisiejszych nadopiekuńczych rodziców, to moi uplasowaliby się tak powiedzmy w połowie stawki. Przynajmniej ja mimo swoich jakiś tam defektów wychodziłam do ludzi i generalnie na podwórku. Chociaż nie raz było tak, że kichnij, pierdnij i już w domu panika, bo podobno dziecko chore. Trochę to też przełożyło się na moją samodzielność, która dzisiaj też jest dość dyskusyjna, Jednak z uporem maniaka do niej brnę. 



3. Pełzająca dysleksja i inne tego typu

          Bawią mnie niezwykle teksty wąsatych Januszy, pod tytułem "Bo kiedyś dysleksji nie było. Wymyślili sobie". Była tylko nikt się tym nie zajmował, albo jak za moich czasów zaczęto się tym dopiero interesować. Dzieciak, który ją miał był postrzegany, jako ten gorszy, może i nawet upośledzony. Patrząc z tej perspektywy, to dobrze, że nie trafiłam do szkoły specjalnej. W tym punkcie to można byłoby całą epopeje napisać. Tak na prawdę mam wrażenie, że dzieciakiem z dysleksją. Tak na prawdę do 13 lat z niezdiagnozowaną, bo w późnym dzieciństwie, stwierdzono, że skoro jakoś sobie radzę, to chyba jej nie mam. Tak na prawdę to nie jedyny problem, jaki miałam. Innym była bardzo słaba kondycja fizyczna, co było pewnie trochę zdeterminowane przez punkt pierwszy.  Nie było to moją winą tak do końca, ale na w-fie skutecznie zniechęcono mnie w związku z tym do aktywności fizycznej i przejścia na zwolnienie, na 8 lat edukacji. Moje podejście do tego zmieniło się dopiero po w-fie na studiach, to tak by było śmiesznie. Zawsze miałam wrażenie, że olewano u  mnie problemy, które faktycznie były, a wyszukiwano je tam, gdzie ich po prostu nie było. Wracając do kontekstu dysleksji, to  gdyby wcześniej ją zdiagnozowano, to być może opracowałabym nieco lepsze strategie radzenia sobie z tym fantem, Nie wiem też na ile jest to faktycznie dysleksja, a na ile pokłosie po defekcie neurologicznym, bo czytałam, że tak też może być. Chociaż podejrzewam, że i bez defektu dysleksję bym miała. To raczej jest temat na nieco dłuższy post. Może takowy kiedyś napiszę. 

4. Poczucie bycia gorszym i prześladowanie rówieśnicze

          Tutaj tak na prawdę to powiem szczerze, że każdy powód jest dobry by dokopać słabszemu. W moim przypadku była to duża głowa, rotacyzm, czy kilkanaście innych rzeczy. Na przykład to, że nie umiałam się bronić. Mój niski wzrost i jeszcze wyuczona bezradność, by się bronić, czasami odpyskować robiły swoje. Stawiały mnie przy tym, jako ofiarę. Do dzisiaj pamiętam prztyki, docinki czy nawet fizyczne zaczepianie, przez ćwierć mózgów, dla których byle powód był dobry by dokuczyć. Oczywiście starałam się to ignorować, ale mimo wszystko nawet po latach nie daje to spokoju. O tym, jak bardzo to wpłynęło na moją samoocenę to nawet nie chcę wspominać. O tym, że zawsze miała wrażenie, że żeby coś mieć to musiałam czasami pracować 3 razy bardziej nawet nie chcę wspominać. To też zapewne wpłynęło na to, że moją samoocenę można podziwiać pod mikroskopem. 

           Konkluzja do jakiej dochodzę jest taka, że fajne dzieciństwo to nie takie, że coś się miało, czy robiło, ale takie, które było beztroskie, bez większych problemów: typu choroba, utrata bliskiego, czy rozwód rodziców. To nie te wszystkie rzeczy, które wmawia się, że jak się je robiło, miało to zaraz dzieciństwo było takie fajne, że złoto rzeką płynęło tylko nikt go nie brał.  Owszem nie powiem, było kilka rzeczy, które było, fajne, ale gdybym miała spojrzeć na całokształt całego tego okresu, to raczej nie szczególnie za nim tęsknie. Owszem teraz też jest różnie, ale mam wrażenie, że teraz mam przynajmniej większą kontrolę i wpływ na moje życie. Nie wiem, może jeszcze kiedyś za dzieciństwem zatęsknię, tego nie wykluczam, ale teraz to jestem wśród tych, którzy by nie wrócili do dzieciństwa. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz