czwartek, 2 marca 2017

Stres mnie pożera

           Zaniedbałam bloga i fanpejdż straszliwie, wiem o tym, ale nie miałam przez cały luty czasu, żeby cokolwiek napisać. Może jednak był to brak chęci, nie wiem, ciężko stwierdzić.  Owszem pomysły to pewnie by się nawet znalazły, ale jakoś brak mi serca i pracy na pisanie tutaj. Mam wrażenie, że jest ono bezzasadne, bo niby wejść jest dużo, ale niewiele z tego wynika. Nie wiem, może tylko potwierdza się, to że faktycznie dobrze zrobiłam rezygnując z marzeń o dziennikarstwie. W sumie pewnie zarabiałabym jeszcze mniej, niż tam gdzie teraz pracuje, czyli na call center. To jakby pozwala mi nie mieć bólu dupy o porzuconym marzeniu, w sumie nawet sprzed kilku lat. Na początku fakt bolało, potem mi przeszło. Teraz jest mi to obojętne.



          Właśnie call center. Nie chciało mi się pisać, ale ostatnio mam kryzys. Nie chciałam narzekać, bo w końcu jeszcze w listopadzie, tak bardzo cieszyłam się z tej pracy. Znów byłoby, że marudzę. Właściwie to mam od mniej więcej grudnia. Cały czas zastanawiam się, czy ja w ogóle nadaję się do tej pracy. Właściwie dni, kiedy nie byłam zestresowana, to mogę policzyć na palcach jednej ręki. Wczoraj podczas mojej rozmowy z kierownikiem stwierdziłam wprost, że gdyby rozpisać na lokalizacji konkurs na najbardziej zestresowanego konsultanta, chyba bym wygrała. Ewentualnie zajęła jedno z czołowych miejsc. Owszem wyniki nawet w pracy mam niezłe, ale często dochodzi do mnie, jakim kosztem to się odbywa. Łapię się na tym, że nie umiem się zdystansować do tej pracy. Niby pracuje z ludźmi, których i tak nigdy w życiu nie zobaczę, ale jednak nie. Szczególnie kiedy jestem atakowana, a chcę pomóc. Zdarzyła się taka rozmowa, że po niej puściły mi nerwy. Przez co czułam się jak mięczak. OK żeby nie było są momenty kiedy nawet potrafię się uśmiechnąć. Jednak często bywa tak, że po prostu czuję się zestresowana, bo zawsze mam gdzieś taką myśl, że przecież nie wiem co się zdarzy. Wiem, ktoś powie, że trzeba było się z tym liczyć. Liczyłam się, ale czasem mam wrażenie, że mnie to przerasta. Bywają tygodnie, kiedy to codziennie, przed pracą biorę ziółka na uspokojenie. Z opakowaniem z takim farmaceutykiem się nawet nie rozstaje, bo nie wiem kiedy się przyda. W pracy też parę razy brałam. 

http://gratisography.com/


          Czy myślałam o zmianie pracy? Pewnie, że tak, ale często jestem bombardowana stwierdzeniami, że przecież nie wiem, czy nie trafię gorzej. To taka myśl w tym momencie. Z drugiej też strony, tak na prawdę dzisiaj nie ma pracy, która by nie stresowała, a jeśli już jest to kiepsko płatna. Już jakiś czas temu stwierdziłam, że jak będę miała zmieniać pracę, to na taką, dzięki której chociaż na psychiatrę będzie mnie stać. Owszem staram się sobie jakoś radzić i odstresować się, ostatnio sporo chodzę do kina, maluje (prowadzę od początku roku bullet journal), oczywiście piszę też pamiętnik. To jeszcze pozwala wrócić mi do jako takiej równowagi. Może powinnam pomyśleć o jakimś karnecie na siłkę, w sumie mieszkam w centrum miasta, to mam pod bokiem. Nie wiem, czasami sama już nie wiem co myśleć. Te wszystkie mądre rady, które pojawiają się w Internetach na mnie akurat nie działają, niestety. Ja właściwie od zawsze mam wrażenie, że jestem zestresowana. Nie wiem z czego to wynika. Gdzieś czytałam, że to może być związane z defektem neurologicznym, ale tam myślę i obawiam się, że bez niego też nie byłabym wiele mniej zestresowana. To, że przez stres schudłam to nawet nie wspomnę. Tak jak miałam moment, że ważyłam ponad 50 kilo, tak teraz ważę takie 47-48. Przy moim wzroście to nawet i lepiej, ale to chyba tyle w tym dobrego. Jak jestem zestresowana to nie jem. Mam taką blokadę na żołądku, że szkoda mówić. Tak jak większość znajomych stresy zajada, tak ja nie zjem kompletnie nic. Owszem w pracy zmuszam się, żeby coś zjeść, ale jak potem się zestresuje, to zawsze mam wrażenie, że zaraz to co zjadłam wyjdzie ze mnie. 

Miałam nie pisać smętnie, a wyszło, jak zwykle. Tak piszę o kryzysie, bo sama nie potrafię sobie z nim poradzić. W takich momentach czuję się, jak dupa wołowa. Mam dwa wyjście, przywyknąć i jakoś sobie poradzić, albo szukać psychiatry, bo jak tak dalej będzie, to będzie mi potrzebna taka wizyta.Brzmi to okrutnie, ale tak właśnie jest. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz