czwartek, 6 kwietnia 2017

Egzystencjalny marazm- czyli refleksja świeżo upieczonej 25 latki

          Dopadła mnie prokrastynacja, a wraz z nią niechęć do pisania na blogu. Czasu miałam sporo, bo w sumie przez ponad miesiąc powinnam znaleźć chociaż 15-20 minut tygodniowo na napisanie chociaż posta mającego 300-400 słów. Generalnie w ostatnim czasie zmieniło się sporo i w sumie nic. Tylko jakoś brak mi ikry na pisanie tego wszystkiego. Tym bardziej jeśli pomyślę, że niedawno minęło 10 lat a z mojego pisania bloga niewiele wynika. Może to też sprawiło, że nie chciało mi się, bo co robić, kiedy i tak pisze się posta, ale niewiele z tego generalnie wynika. Ostatnio poważniej zaczynam rozważać zakończenie mojej przygody z tym blogiem. Już dawno straciłam do niego serce. Jednak z każdym miesiącem oszukuje się, że może coś z tego będzie. Wiem to naiwna, ale cóż zrobić.


            Z  tych bardziej przyjemnych rzeczy to mogę powiedzieć, że pierwszy raz od lata marzec nie dał mi się mocno we znaki. Właściwie dla mnie to najgorszy miesiąc w roku. Paradoksalnie bardziej przybijający niż listopad. Nie wiem czym jest to spowodowane. Może tym, ze bliskość kolejnego roku życia jest bliżej, niż dalej. To poczucie, że niby zmienia się wszystko, a jakby nie zmieniało się nic. Tak urodziny w tym roku spędzam je w pewnym sensie sama, bo nie mam dla kogo ich robić. Poszłam do kina, oddałam włosy na dawstwo, jak to już dawno planowałam, zrobiłam sobie małe zakupy. Były dwa dni temu i się skończyły.  Właściwie to czasami mam wrażenie, że jakby nie fejs to świat by już dawno o mnie zapomniał, to chyba jedyne pocieszenie. Chociaż przyznaje bardzo marne. Ostatnio zaczynam też tracić sens życia. Tak pracuje na tym swoim korpofolwarku po 7 godzin (bo na więcej prawo pracy nie pozwala), ale ta praca w ogóle mnie nie cieszy, nie daje satysfakcji, a największą ulgę odczuwam, kiedy już mogę wylogować się z komputera i stamtąd iść. Czasami czuję się, tak jak ścierka do podłogi, szczególnie kiedy trafi się jeden z tych dni, które są bardziej do dupy. W ostatnim czasie przy życiu trzymało mnie to, że czekałam na dłuższe wolne, które trwało 9 dni. Jednak to jutro się kończy, dokładnie o 15-ej. Ja natomiast dostaje coś na wzór pourlopowego stresu, czy czegoś takiego. Chociaż akurat to, jest podobno normalne, więc nie powinnam się wcale martwić. 
          Chodzę z uśmiechem na twarzy, ale często mam wrażenie, że to tylko przykrywka, żeby nie zwariować i nie oszaleć. Owszem są osoby, które nawet lubię tam w tej pracy, z którymi świetnie się dogaduje, jednak sama w sobie czuję, że to praca, która sprowadza mnie coraz bardziej do poziomu słupka, który musi wyrabiać normy. Buntuje się w sobie, ale cóż mi po tym, w końcu trzeba za coś żyć. Ideami jeszcze nikt się nie najadł. 
http://gratisography.com/

           Zaczęłam szukać nowej pracy. Nie wątpię tej jest dużo, ale albo fizyczna, a ja do fizycznej roboty, jak wół do karocy. A jak już biurowa, to wymagania z kosmosu. Z drugiej zaś strony nie do końca wiem, co ja bym chciała. Tak na prawdę mam wrażenie, że jakbym coś miała, jako konkret to i tak nie ma gwarancji, że się spełnię w tym wszystkim.  Czasami mam wrażenie, że nie wiem co o tym myśleć. Czasami im bardziej chcę dążyć, do tego by jakoś się spełniać, to zaczynam popadać w coraz to większe poczucie, że to wszystko jednak jest do dupy. Najbardziej boję się tego, że tak zostanie i że utknę w jakimś martwym punkcie. Coraz bardziej zaczynam myśleć, że pisanie tutaj nie ma sensu. Kto by tam chciał czytać smutne blogi? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz