piątek, 28 kwietnia 2017

Poważne decyzje

         Jako, że przeszło prawie 4 tygodnie temu skończyłam 25 lat stwierdzam, że czas podjąć jakieś rozsądne decyzje dotyczące życia. Nie planuje jeszcze dzieci, na kredyt mnie nie stać, przy moich śmiesznych zarobkach, nawet bym pewnie nie dostała. Za mąż też nie wychodzę, bo nawet nie mam za kogo. Pracę szukam powoli i wybrednie, w końcu mam znaleźć coś lepszego, a nie takiego samego. Ostatnio na call center, jakby odrobinę lepiej, ale nadal uważam, że praca ta na dłuższą metę będzie miała na mnie Za to jedna rzecz chodzi mi uporczywie po głowie od początku roku. Mianowicie doktorat, tak właśnie. Chciałabym iść na doktorat. Nie jestem w stanie powiedzieć co, ale jakaś nieznana mi siła pcha mnie tam, z każdym dniem coraz bardziej. W mojej głowie rodzą się pomysły co bym mogła podjąć. Wszystko póki co palcem po wodzie pisane i to tak konkretnie.



          Pomysł doktoratu krążył w mojej głowie tak mniej więcej, od 3 roku studiów. Wcześniej też gdzieś ten motyw się pojawiał, tak na 2 roku studiów. Wówczas zapierałam się, że takie coś to po moim trupie. Teraz zaczynam myśleć o tym coraz poważniej. Chociaż tak na prawdę nie mam nic. Nawet nie mam żadnych wcześniejszych publikacji. Próbowałam coś robić, to fakt. Otarłam się nawet o jedną quasi naukową publikację, ale z racji tego, że zabrałam się za to w słabym momencie życia, tuż przed obroną magisterki, to musiałam zrezygnować z tego. Miałam tam jakieś udzielanie się w kole naukowym, ale było to raptem kilka miesięcy. Niby mówią, że dzisiaj wystarczy oddychać, by iść na doktorat. Jednak kiedy słyszałam potencjalnych doktorantów, którzy już na I roku magisterki mieli na to pomysł, to było mi słabo. Najbardziej boję się, że będę tam niczym kalun na stypie. 

źródło: http://gratisography.com/


       Dobrze założyłam ostatnio, że spróbować nie zaszkodzi, najwyżej, jak nie dam rady to mogę zrezygnować z tego. Chociaż tak na prawdę nie do końca wiem jak się za to zabrać. Pomysł na temat pewnie bym znalazła, ale muszę mieć też potencjalnego promotora. Ja nie wiem czy mam iść na historię, czy na nauki o polityce. Z jednej strony na tych pierwszych będę miała do czynienia z ludźmi, z którymi miałam przyjemność współpracować na studiach. Ponadto wiedziałabym co się po kim spodziewać. Natomiast w drugim tematyka byłaby mi jednak odrobinę bliższa i nie czułabym się, jak ten wspomniany wcześniej klaun wśród ambitnych studentów historii. 

        Dziwna siła pcha mnie na ten doktorat, niczym muchę do gówna, a ja sama nie jestem w stanie do końca wyjaśnić tego fenomenu. Wśród znajomych mam kilkoro doktorantów, też nie byli w tym jakoś nade ambitni, ale jakoś sobie radzą. Tyle z tego co wiem. Co na to moje otoczenie? O dziwo są za. Babcia twierdzi, ze skoro dostanę dofinansowania i stypendia, to grzechem byłoby nie spróbować. Nawet rodzice, którzy raczej przez wiele lat średnio mnie wspierali są za. W sumie jeszcze 4 lata temu, to oni gdzieś wiercili mnie dziurę w trzewiach w tym temacie. Broniłam się wtedy rękami i nogami, ale jak widać, muszę spróbować, bo takie jest moje przeznaczenie. Inni mi odradzają, że strata czasu, że zawsze wykładowcy tak mówią, żeby zachęcić, bo z tego są pieniądze (dla uczelni) 

         Najbardziej boję się, że podejdę do tego wszystkiego nazbyt ambicjonalnie i to mnie gdzieś zniszczy. Boję się takiego obrotu spraw jak z FCE, że poświęcę czas i energię, a jak przyjdzie co do czego, to się rozczaruje, bo ostatecznie nie będę miała dwóch literek przed nazwiskiem. Ja nawet już teraz nastawiam się, że z tym może być różnie. Widzę w tym też szansę dla siebie, bo chociaż nikt nie gwarantuje mi, że skończę te studia, to może dać mi to duże pole manewru do rozwoju. Chociażby w związku ze stypendium, które z czystym sumieniem będę mogła wydać na kurs angielskiego, czy hiszpańskiego. Szansę by gdzieś wyjechać, coś zobaczyć. Mam taki dziwny pęd, do tego by poznawać, ale zawsze ciężko mi go spełnić.  Czy chociażby znalezienie lepszej pracy. Ja nie mówię tu o pracy na uczelni, ale może jakieś ośrodki specjalistyczne, archiwa. Przecież nie będę do emerytury tyrać na call center. Oczywiście jak już zdecyduje się pójść na doktorat to będę pracować, bo nie mogę pozwolić sobie pozostać, bez środków na życie. Są może i stypendia, ale ile tego, raczej nie za wiele. 

          Sama nie wiem. W głowie mam taką myśl, że chciałabym, ale się boję. Widzę w tym szansę dla siebie. Właściwie jak szłam na studia, to też targały mną wątpliwości. Po latach na moje wyszło, ale mimo wszystko jest ten dziwny lęk,  tylko w sumie to nie wiem, czego się bać. Jak to rozegram jeszcze nie wiem, mam w sumie jeszcze kilka miesięcy, bo aplikować mogę nawet jeszcze we wrześniu. Co czas pokarze nie wiem, właściwie to trudno orzec. Zawsze można powiedzieć, że przecież nie święci garnki lepią... i doktoraty piszą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz